Gabriela Janiszewska Translite

Category Archives: praca freelancera

Praca z domu na urlopie macierzyńskim – bez lukru

Pod koniec ciąży napisałam artykuł o tym, jak mi się pracowało zdalnie w tym błogosławionym stanie. Teraz, gdy mój urlop macierzyński się skończył, czas na drugą część tego cyklu czyli wrażenia mamuśki-freelancerki.

W internecie można natknąć się na artykuły, których autorzy przekonują, że urlop macierzyński to świetny czas na rozkręcenie własnego biznesu, aby gdy nasz 12-miesięczny „urlop” (znacie ten dowcip –> patrz obrazek) się skończy, nie trzeba było wracać do kieratu, tylko móc elastycznie łączyć pracę zawodową z wychowywaniem malucha. I co? Z mojej perspektywy rozkręcenie czegokolwiek w tym czasie byłoby szaleństwem. Owszem da się kontynuować prowadzenie działalności, ale to, w jakim wymiarze, zależy przede wszystkim od… dziecka.

Moja córcia jest typowym pieszczoszkiem, który praktycznie od samego początku nie śpi w swoim łóżeczku tylko na mnie lub z nami w łóżku (ewentualnie w wózku lub nosidle) oraz nie toleruje zbyt długiej rozłąki z mamą (na razie najdłużej 1,5 godziny). Ponadto szkoda jej czasu na przesypianie odcinków dłuższych niż 2 godziny w nocy i 45 minut w dzień, więc o pracy zawodowej w ciągu dnia mogłam zapomnieć.

Jak się zatem organizowałam? Przede wszystkim pracowałam i pracuję wieczorami, siedząc w łóżku i jednocześnie pilnując śpiącej tam córki. Jako że córka pada między 19 a 21, siłą rzeczy zostają mi jakieś 2-3 godziny, zanim obydwoje z mężem też nie zapragniemy udać się na zasłużony odpoczynek. Do tego czasami uda mi się popracować w weekendy, gdy córką zajmuje się mąż, ale z tym bywa ciężko, bo L. co jakiś czas do mnie przybiega i domaga się uwagi/wzięcia na ręce/na kolana/karmienia piersią. Jeżeli zamknę się w pokoju, to potrafi się dobijać ;-). Na szczęście dzieci mają to do siebie, że powolutku dorastają i cały czas się zmieniają. Na przykład w ostatnich dniach L. nauczyła się spać w nieruchomym wózku, więc w ramach spaceru czasami wystawiam wózek z nią na taras i wtedy mogę pracować w domu i mieć na nią oko. Niemniej jednak warto pamiętać, że dzieci zwłaszcza tak małe mają różne okresy i za chwilę może być gorzej lub lepiej.Urlop macierzyński

Pewnie to, co napisałam powyżej, wygląda na typowe malkontenctwo zmęczonej mamuśki i grubą przesadę, ale jednak decydując się na pracę zdalną na urlopie macierzyńskim, warto wziąć pod uwagę, że dziecko, które się urodzi, może nie być „książkowe” i może potrzebować więcej bliskości, niż się spodziewaliśmy i niż opisują w popularnych poradnikach dla rodziców. Oczywiście może też być zupełnie inaczej. Koleżanka opowiadała mi o tłumaczce, która z pomocą niani i rodziny zaraz po urodzeniu dziecka, wyrabiała się z pracą na pełny etat. Ja jednak wychodzę z założenia, że po to przysługuje mi urlop macierzyński i zasiłek, abym ten czas mogła przede wszystkim spędzać z dzieckiem, a kariera poczeka. Zresztą mogę zakończyć optymistycznym akcentem: klienci na mnie poczekali i w zasadzie dalej współpracuję ze wszystkimi kontrahentami, z którymi pracowałam przed porodem, a nawet nawiązałam kilka nowych ciekawych kontaktów. Naprawdę w branży tłumaczeniowej nie jest tak źle z chodzeniem na macierzyński. Ja poszłam na zwolnienie na dwa miesiące przed porodem, a pierwszą fakturę za samodzielnie wykonane tłumaczenie (w międzyczasie niektóre projekty podzlecałam) wystawiłam w styczniu, czyli nie byłam aktywna zawodowo przez 4 miesiące. Kawałek czasu, ale spotkałam się z pełnym zrozumieniem kontrahentów – ostatecznie przecież prawie każdy ma rodzinę i wie, jak to jest.

Jakie są moje plany na czas po urlopie macierzyńskim? Na razie kontynuuję pracę wieczorową i weekendową oraz zostaję z córką w domu. Przed porodem myśleliśmy o żłobku, ale teraz obydwoje z mężem widzimy, że na razie nasza córka mogłaby sobie nie poradzić, a przecież dlatego wybrałam takie studia i taką pracę, aby właśnie móc dłużej pobyć z dziećmi w domu. Niemniej jednak nie jest łatwo pracować na dwa etaty. Podziwiam tłumaczki z większą liczbą dzieci (Gosia to o Tobie :)).

A jak było u Was? Czy udało się Wam pogodzić freelancing i opiekę nad maluszkiem? Co zrobiłyście po urlopie macierzyńskim?

O różnych historiach mam-tłumaczek możecie poczytać w wątku na Forum Branżowym Tłumaczy (trzeba posiadać konto).

Dlaczego nowa ustawa o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego jest moim zdaniem niesprawiedliwa?

Powoli kończą się prace nad zmianą ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa. Obecnie projekt ustawy czeka już tylko na podpis Prezydenta. Dlaczego piszę o tej ustawie? Cóż, mocno pogorszy ona sytuację kobiet prowadzących działalność gospodarczą, które planują powiększenie rodziny. Celem nowej ustawy jest wyeliminowanie luki prawnej, której istnienie powodowało, że wiele kobiet zakładało działalność na miesiąc przed porodem, opłacało jedną składkę od najwyższej obowiązującej podstawy i w rezultacie przez rok urlopu macierzyńskiego otrzymywało około 5 tys. zł zasiłku miesiąc w miesiąc. Oczywiście taki proceder nie był szczególnie fair wobec wszystkich tych, którzy opłacają składki przez długie lata i nie korzystają z zasiłków, niemniej jednak sposób rozwiązania problemu moim zdaniem uderza również w kobiety, które uczciwie prowadziły działalność przed zajściem w ciążę i/lub zamierzają ją kontynuować również po powrocie z urlopu macierzyńskiego.

Zgodnie z projektem ustawy, aby uzyskać najwyższy zasiłek macierzyński trzeba będzie opłacać najwyższą składkę przez 12 miesięcy. Ciąża trwa zazwyczaj 9 miesięcy. A zatem do licznych zdolności przedsiębiorcy należy dorzucić umiejętność jasnowidzenia, aby przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem na rok wcześniej, kiedy planujemy urodzić dziecko, zacząć odprowadzać wyższe składki, a następnie jeszcze w odpowiednim momencie zajść w ciążę. Proste i logiczne prawda? W czasach, w których coraz więcej par ma problemy z zajściem w ciążę, może się okazać, że w przypadku przedłużających się prac nad spłodzeniem potomka/potomkini bardziej będzie się opłacać odkładanie tych składek na konto i wypłacanie sobie zasiłku po porodzie samodzielnie. Ale jak tu przewidzieć, że akurat Ty i Twój Towarzysz Życia będziecie mieć jakieś trudności? A może będzie odwrotnie? Zajdziecie w ciążę znienacka i pozbawicie się szans na najwyższy zasiłek macierzyński, bo po potwierdzeniu ciąży zostanie raptem 7-8 miesięcy na opłacanie składek.

Oczywiście można powiedzieć, że jeżeli przedsiębiorczyni życzy sobie dostawać duży zasiłek macierzyński to powinna cały czas na wszelki wypadek płacić tak wysokie składki. Ostatecznie kobietom na etatach potrącane są składki w wysokości proporcjonalnej do wynagrodzenia. Moim zdaniem jednak trudno porównywać tu sytuację kobiet prowadzących działalność gospodarczą i kobiet pracujących na etatach. Kto, szukając pracy na etacie, sugeruje się kwotą brutto wynagrodzenia? Od razu patrzy się na kwotę netto, bo to są pieniądze, które faktycznie wpływają na konto. Przedsiębiorcy sami muszą na swoje składki zarobić, więc z oczywistych względów najczęściej opłacają najniższe, tym bardziej że nasze dochody rzadko bywają stale na tym samym poziomie.

Ponadto w rzeczywistości mamy na etacie mają możliwość wydłużenia sobie urlopu macierzyńskiego poprzez wzięcie płatnego urlopu wypoczynkowego, z czego, jak mogę powiedzieć, obserwując moje koleżanki, chętnie korzystają od razu po zakończeniu macierzyńskiego, aby jak najbardziej odwlec w czasie moment wysłania dziecka do żłobka/oddania go pod opiekę niani. Jako kobieta prowadząca działalność gospodarczą nie mam płatnego urlopu, więc de facto mam krótszy „macierzyński” o 26 dni roboczych. Jeżeli ma być tak sprawiedliwie, może posłowie wydłużyliby przedsiębiorcom urlop rodzicielski? Wiem, wiem przemawia przeze mnie zawiść, bo zostały mi już tylko 4 miesiące spokojnego siedzenia w domu z córcią z zabezpieczeniem finansowym z ZUS. No ale cóż – podobno dzieci rodzi się za mało, a kobiety trzeba mocno zachęcać do zakładania firm. Moim zdaniem ta zmiana ustawy nie wpłynie korzystnie ani na pierwszą, ani na drugą z tych kwestii. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

PS

Zaznaczam, że nie jestem ekspertem w dziedzinie przepisów i zasiłków, więc po szczegółowe informacje na temat zmian lepiej zwrócić się do osób lepiej wykwalifikowanych w tym temacie.

PS2

Zachęcam wszystkich do podpisywania się pod petycją dotyczącą tej ustawy. W treści petycji znajdziecie również wiele innych argumentów przeciwko zmianie ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego oraz bardzo ciekawe wyliczenia dotyczące wysokości zasiłków po wprowadzeniu planowanych zmian.

 

Tłumaczka w ciąży – jak zorganizować sobie pracę i nie zbankrutować

W moim poprzednim wpisie ciążowym wymieniłam subiektywne wady bycia tłumaczką w ciąży. Skoro jednak czytasz ten wpis, to pewnie wady pracowania jako wolny strzelec nie powstrzymają/powstrzymały Cię przed powiększeniem rodziny (gratulacje!). I słusznie! Nie ma takich trudności, których nie można pokonać. Dlatego dzisiaj pragnę podzielić się z Wami moimi wskazówkami dotyczącymi tego, jak przetrwać ciążę i jednocześnie nie pogrążyć swojej działalności. Jeśli nie jesteś tłumaczką, ale również wykonujesz wolny zawód, nie opuszczaj tej strony – myślę, że wiele porad tu zawartych również Ci się przyda w trakcie ciąży.

Jak radzić sobie z problemami zdrowotnymi w ciąży?

Nie chcę tutaj wymieniać porad dotyczących typowych dolegliwości ciążowych takich jak mdłości czy senność, bo informacji na ten temat znajdziecie mnóstwo w poradnikach i na innych stronach. Chcę skupić się raczej na sytuacji, w której z jakichś powodów musisz w ciąży leżeć. Co zrobić, jeśli ze względów np. finansowych nie chcesz iść w takiej sytuacji na zwolnienie? Jak pogodzić konieczność leżenia z wykonywaniem zleceń? Czy da się to zrobić?

Tłumaczka w ciąży – wady i zalety pracy jako freelancer w stanie błogosławionym

Wybierając taki, a nie inny zawód, kierowałam się między innymi jego „przyjaznością” dla kobiet w ciąży i mam ze względu na możliwość elastycznej pracy z domu. W ostatnich miesiącach miałam i wciąż jeszcze przez jakieś 2-3 miesiące mam okazję przekonać się, jak zawód tłumacza pisemnego rzeczywiście sprawdza się w ciąży. Okazuje się, że tłumaczenie w ciąży ma swoje blaski i cienie, przy czym cienie w zasadzie są uniwersalne dla wszystkich zawodów wykonywanych w ramach prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej.

Zalety:

  • pełna elastyczność godzin pracy (możesz w każdej chwili zrobić sobie przerwę na leżenie w łóżku, pracować krócej, gdy gorzej się czujesz itd.);
  • możliwość wygodnego kształtowania środowiska pracy (możesz tłumaczyć nawet, gdy leżysz w łóżku);
  • nie musisz się tłumaczyć swoim kontrahentom z tego, że jesteś w ciąży (chyba że zaliczysz jakąś wpadkę typu opóźnienie), bo przez telefon ani e-mail nikt ciąży nie zauważy, więc nie narażasz się z tego powodu na żadne nieprzyjemne uwagi i sugestie, że być może nie będziesz mieć do czego wracać po urlopie macierzyńskim. Jeśli już się komuś pochwalisz ciążą, wszyscy serdecznie Ci gratulują :);
  • brak konieczności dojeżdżania do pracy w upale/na mrozie, gdy Twoje możliwości ruchowe stają się coraz bardziej ograniczone (masz też mniejsze szanse na złapanie jakiegoś przeziębienia);
  • brak konieczności kupowania eleganckich strojów ciążowych = duża oszczędność (choć nie zachęcam do totalnej ciążowej abnegacji! Warto się ładnie ubierać, malować i czesać dla swojego dobrego samopoczucia, nie tylko w ciąży i nawet jeśli nie wychodzimy z domu);
  • możliwość przygotowywania dowolnej ilości zdrowych posiłków i ich spożywania o dowolnej porze (przydaje się w szczególności w przypadku cukrzycy ciążowej, gdy oprócz częstych posiłków o stałych porach należy jeszcze mierzyć cukier po godzinie od głównych posiłków);
  • nie musisz się zwalniać z pracy, aby zrobić niezbędne badania, możesz bez pośpiechu odstać swoje w publicznej służbie zdrowia;
  • w przerwach możesz spokojnie oddawać się przeglądaniu blogów parentingowych, sprawdzać ceny w sklepach, planować wyprawkę, polować na okazje, bo szef nie zajrzy Ci przez ramię.
  • dzięki pracy będziesz miała mniej czasu na niepotrzebne zamartwianie się, czy dziecko dobrze się rozwija, czy nie za bardzo przytyłaś, czy nie powinnaś już czuć ruchów albo czy nie czujesz ich zbyt rzadko, dzięki czemu zachowasz dobry nastrój, który jest w ciąży bardzo ważny;
  • dzięki powyższym zaletom prawdopodobnie będziesz w stanie dłużej pracować. W efekcie nie będziesz się nudzić i nie stracisz kontaktu z zawodem.

Wady:

  • prawdopodobnie będziesz pracować dłużej niż koleżanki na etatach, być może aż do rozwiązania, aby nie tracić kontaktu z zawodem (wiem, że prawie ten sam punkt wymieniłam w zaletach, ale naprawdę są to dwie strony tego samego medalu);
  • jeśli coś złego zadzieje się z Twoim zdrowiem, prawdopodobnie trudno będzie Ci od razu pójść na zwolnienie, bo przecież poprzyjmowałaś zlecenia, coś trzeba dokończyć, a być może będzie to w tym momencie dla Ciebie bardzo niekorzystne finansowo, bo jeszcze nie zwiększyłaś opłacanych składek. Jeśli będziesz musiała pozostać w szpitalu na dłuższy czas, prawdopodobnie zawalisz jakieś zlecenia, ale przecież takie rzeczy się zdarzają i bez ciąży, więc klienci na pewno Cię zrozumieją;
  • musisz odpowiednio wcześniej zastanowić się nad podniesieniem swoich składek ZUS, jeżeli na urlopie macierzyńskim chciałabyś otrzymywać większą kwotę zasiłku. Jeśli jesteś na etacie, zasiłek macierzyński jest po prostu obliczany na podstawie Twoich dochodów. W przypadku działalności sami deklarujemy wysokość składki;
  • pod koniec ciąży będzie Ci coraz mniej wygodnie siedzieć tak długo przed komputerem, więc prawdopodobnie Twoje dochody będą sukcesywnie maleć.

Jak widać, zalet zawodu tłumaczki w ciąży jest jednak zdecydowanie więcej niż wad, więc patrząc z perspektywy mojego III trymestru wstecz, naprawdę polecam ten zawód. Myślę, że moje spojrzenie na ten temat jest dość wypośrodkowane, bo moja ciąża (jak na razie) nie jest ani zupełnie bezproblemowa, ani bardzo trudna. Ponadto część wad pracy tłumacza można „zneutralizować”, podejmując wcześniej odpowiednie działania zapobiegawcze i dobrze się organizując. W moim następnym wpisie przedstawię zestaw porad, które pomogą Ci pogodzić bycie w ciąży z pracą jako tłumaczka pisemna bez strat dla działalności :).

Zachęcam wszystkie ciężarne tłumaczki do wypowiadania się w komentarzach (powinny już działać) na temat ich wrażeń dotyczących wykonywania tłumaczeń w ciąży. Chętnie poznam też Wasze sposoby na godzenie tłumaczeń z byciem mamą!

Co należy zrobić przed odesłaniem tłumaczenia klientowi? Czyli parę słów o tłumaczeniowej liście kontrolnej…

Image courtesy of David Castillo Dominici / FreeDigitalPhotos.net

Pewnie często, tłumacząc teksty biznesowe z języka angielskiego, natykacie się na pojęcie listy kontrolnej, z ang. checklist. Na ogół takie wykazy mają formę listy z okienkami, które „odptaszkowuje” się w miarę wykonywania zadań. Dzięki temu mamy pewność, że wykonaliśmy wszystkie powierzone nam zadania i o niczym nie zapomnieliśmy. Takie listy kontrolne są obecnie często stosowane w biurach tłumaczeń i agencjach lokalizacyjnych. Po zakończeniu tłumaczenia musimy na przykład odznaczyć pola dotyczące naszego zlecenia, tj. sprawdzenia terminologii, poprawności językowej, kompletności dokumentu i co tam jeszcze autorowi checklisty przyjdzie do głowy. Następnie musimy się pod taką listą podpisać i ją odesłać, a firma, która zlecała nam tłumaczenie, ma na papierze gwarancję, że wywiązaliśmy się z powierzonych nam zadań. Oczywiście, jeśli okaże się, że w praktyce było inaczej, to możemy mieć nieprzyjemności :P.

Dla większości indywidualnych tłumaczy takie listy kontrolne to jedynie zbędna biurokracja, ja jednak jestem zdania, że w tym przypadku warto ściągnąć sobie ten pomysł od wielkich korporacji i dostosować go do naszych potrzeb. Warto przygotować sobie w wolnej chwili listę czynności, które koniecznie musimy wykonać przed odesłaniem dokumentu klientowi. Oczywiście nie musi być to jakiś pięknie sformatowany w Wordzie dokument (choć czemu nie!), na początek wystarczy odręcznie zapisana kartka umieszczona w jakimś dobrze widocznym miejscu, np. na tablicy korkowej lub pod przezroczystą podkładką na biurku. W zależności od trybu naszej pracy (tłumaczenie, weryfikacja, korekta) lista kontrolna może się zmieniać, ale wydaje mi się, że da się wyodrębnić kilka podstawowych czynności, które zawsze warto wykonać przed odesłaniem dokumentu, aby zapewnić jego wysoką jakość. Te czynności to:

BeGlobal Community – czyli czy tłumaczenia maszynowe to tylko zagrożenie dla tłumaczy?

BeGlobal - uruchamianie

W zeszłą sobotę uczestniczyłam w spotkaniu SDL Vendor OpenDay w Bydgoszczy, które było bardzo miłe poza drobnym incydentem z kierowcą autobusu, który zatrzasnął mojej koleżance Ilonie drzwi przed nosem. Tak to już jest, jak dwie tłumaczki pisemne wychyną ze swoich siedzib 🙂 Dominującym motywem spotkania była prezentacja narzędzia BeGlobal firmy SDL umożliwiającego korzystanie z silnika statystycznego w celu wykonywania tłumaczeń maszynowych. Z czym to się je i czy „prawdziwy tłumacz” powinien w ogóle zainteresować się tym tematem, skoro jest to zagrożenie dla jego bytu? Cóż, wroga trzeba dobrze poznać…

Genealogia dla początkujących (nie tylko tłumaczy)

Dzisiejszy wpis będzie miał tylko luźny związek z branżą tłumaczeniową, ale z okazji zbliżających się świąt można pozwolić sobie na odpłynięcie myślami w nieco inną stronę, w tym przypadku w przeszłość. Jedną z moich pasji są badania genealogiczne mojej rodziny. Zainspirował mnie do nich mój mąż, który dwa lata temu właśnie przy okazji Bożego Narodzenia zaczął przepytywać rodzinę o przodków i rysować drzewo genealogiczne. Ja zrobiłam to samo i okazało się, że jest to bardzo przyjemny temat do konwersacji w trakcie wigilii – sentymentalny dla starszych członków rodziny, a pouczający dla młodszych. Polecam też to zajęcie narzeczonym – rozrysowane drzewo bardzo przydaje się przy planowaniu listy gości :). Niemniej jednak na podstawie samych doniesień rodzinnych nie dowiemy się, czy nasz przodek sączył miód na weselu Bolesława Chrobrego, a przynajmniej nie będą to udokumentowane informacje :). Jak się zatem zabrać do dalszych poszukiwań? Trzeba przede wszystkim:

Akt urodzenia Łucja Marianna Łopińska1. Pobrać program do tworzenia drzewa genealogicznego.

W przeciwnym wypadku będzie nam potrzebna bardzo duża kartka papieru. Ja korzystam z programu Family Tree Builder, który jest bardzo prosty w obsłudze, tworzy przejrzyste drzewa, wydruki, zestawienia i statystyki (np. najpopularniejsze imię, średnia wieku, średnia liczba dzieci itp.), przeszukuje bazy danych MyHeritage w poszukiwaniu podobnych drzew (ta opcja naprawdę się sprawdza – nawiązałam w ten sposób kilka kontaktów i zdobyłam dane o przodkach) i tworzy stronę internetową rodziny, na którą mogą wchodzić wszyscy jej członkowie, aby podziwiać Wasze dzieło :). Program ten ma jednak pewną wadę – jeżeli mamy powyżej 250 osób w drzewie, trzeba zapłacić, aby informacje o kolejnych osobach mogły być publikowane na stronie rodziny.

2. Porozmawiać z rodziną.

Jak już wspomniałam na wstępie, właśnie nadarza się ku temu doskonała okazja. Warto wspomnieć członkom rodziny o swoich planach na kilka dni przed świątecznym spotkaniem, aby mogli poszukać zdjęć i dokumentów (aktów ślubu, śmierci i urodzeń). Najpewniejszym źródłem danych są oczywiście dokumenty, ale wiadomo, że im dalej wstecz tym mniej ich mamy. Być może ktoś z dalszej rodziny ma jakieś inne wartościowe dokumenty? Dobrym pomysłem jest przepytanie o nie dalszej rodziny przy okazji telefonicznego składania życzeń. Przy okazji warto przepytać o daty ślubów, urodzeń, imienin żyjących osób – drzewo genealogiczne jest też doskonałym przypominaczem o jubileuszach naszych bliskich.

3. Poszukać w internecie.

Gdy już zbierzemy wszystkie łatwo dostępne dane i wprowadzimy je do drzewa, trzeba przyjrzeć się, skąd pochodzili nasi przodkowie i z jakich lat mamy ostatnie pewne dane na ich temat. W przypadku osób przynależących do Kościoła katolickiego najważniejszą informacją jest parafia. Jeżeli rodzina nie wie, do jakiej parafii przynależeli bliscy, trzeba poszukać tej informacji w internecie, na podstawie znanego miejsca zamieszkania (warto pamiętać przy tym, że śluby najczęściej zawierano w parafii narzeczonej). Najczęściej na stronach archidiecezji znajdziemy informacje o poszczególnych parafiach, datach ich erygowania i przynależących do nich dzielnicach, miejscowościach lub wsiach. Gdy mamy już tę informację, wchodzimy na stronę, bez której genealog się nie obejdzie – stronę z bazą danych Pradziad zawierającą informacje o księgach metrykalnych znajdujących się w zasobach archiwów państwowych. Tam wpisujemy nazwę poszukiwanej miejscowości, np. Mszczonów, i klikamy „Szukaj”. Pojawi się tabela z latami i wyznaniami, z których dostępne są księgi z danej miejscowości.

Jak widać, najnowsze wpisy z Mszczonowa pochodzą z 1925 roku. Co zrobić, jeśli nasza wiedza o przodkach urywa się znacznie później, np. w 1945? Kościoły i urzędy stanu cywilnego przekazują księgi metrykalne do archiwów po około 100 latach. Dlatego w takim przypadku musimy sprawdzić w internecie, który urząd stanu cywilnego będzie właściwy dla poszukiwanego przez nas dokumentu. Jeśli nasz przodek urodził się/zawarł związek małżeński/zmarł w Warszawie, to mamy pewne ułatwienie – nie musimy udawać się do USC we właściwej dzielnicy, możemy złożyć wniosek w dowolnie wybranym warszawskim urzędzie, a po około 2-3 tygodniach dostaniemy odpis. Do celów genealogicznych najlepiej pozyskiwać odpis zupełny, bo będzie w nim najwięcej danych niezbędnych do poszukiwania dalej. Jeżeli jednak do USC Waszego przodka macie dość daleko, nie przejmujcie się. Genealogia stała się ostatnio na tyle popularna, że większość urzędników przyjaźnie spogląda na maile z podaniami o wyszukanie odpowiednich danych. Najczęściej urzędnicy są na tyle pomocni, że wysyłają zdjęcie oryginalnego aktu i nie trzeba płacić za odpis – a zresztą posiadanie zdjęcia oryginału daje o wiele więcej satysfakcji :).

Jeżeli jednak poszukujecie danych z lat wcześniejszych i widzicie, że są one dostępne w bazie Pradziad, trzeba kliknąć „Więcej”, aby zobaczyć, gdzie przechowywane są dane księgi. Gdy już wiemy, które archiwum je przechowuje, możemy albo udać się tam osobiście (o czym w kolejnym punkcie), albo napisać i wysłać podanie (pocztą elektroniczną lub tradycyjną). W takim przypadku musimy podać nazwę i numer zespołu, które są podane w bazie Pradziad, interesujący nas rok, typ aktu i jak najwięcej znanych nam danych o poszukiwanej osobie. W zależności od archiwum na wyszukanie danych trzeba czekać od 2 tygodni do kilku miesięcy. Jeżeli nie posiadamy dokładnych danych, możemy zlecić archiwum poszukiwania, które są płatne za godzinę. Oczywiście wykonanie skanu lub kopii interesującego nas aktu jest również płatne, ale są to stosunkowo niewielkie kwoty rzędu 4-6 zł.

Nie jest to jednak koniec możliwości, jakie w zakresie genealogii kryje w sobie internet. Jak już wspomniałam, genealogia staje się coraz bardziej popularna, a co za tym idzie, podejmowane są różne inicjatywy zmierzające ku zachowaniu ksiąg dla potomnych w formie cyfrowej i ułatwieniu w ten sposób poszukiwania przodków. Archiwa we współpracy z towarzystwami genealogicznymi, wolontariuszami i stronami internetowymi digitalizują księgi metrykalne i umieszczają je w internecie, często przy okazji je indeksując, tj. spisując dane z ksiąg. Bezcenną stroną zawierającą dane z całej Polski jest Geneteka. Na tej stronie możemy wybrać interesujące nas województwo, a następnie Genetekaodpowiednią parafię i typ wpisów (zgodny, małżeństwa i urodzenia) i wyszukiwać po nazwiskach naszych przodków. Oprócz nazwisk, dat, numerów aktu (przydatnych w przypadku zamawiania skanów z archiwów) znajdziemy tam często informacje o rodzicach (często w tym celu trzeba najechać na ikonkę „i” w kolumnie uwagi – patrz zrzut ekranu), co pomoże nam w dalszych poszukiwaniach. Ponadto w przypadku niektórych parafii mamy też do dyspozycji przycisk „Skan”, który przekieruje nas na inną stronę portalu genealodzy.pl – Metryki. Na tej stronie można znaleźć zeskanowane całe zespoły ksiąg metrykalnych i jest to chyba najwygodniejsza z możliwych form poszukiwania przodków :).

Istnieją też inne witryny, których członkowie zajmują się indeksacją danych. Bardzo bogatą i znaną mi ze względu na pochodzenie moich przodków stroną jest Portal genealogów Lubelszczyzny. Niektóre skany są dostępne również na stronie Szukaj w archiwach. Także jak widać informacje są nieco rozproszone, ale sporą część pracy genealogicznej można wykonać, nie ruszając się z fotela. Jednak w końcu przychodzi taka pora, że trzeba…

4. Wybrać się do archiwum.

Serdecznie polecam taką wycieczkę, ponieważ obejrzenie chociaż raz starej księgi metrykalnej robi niezapomniane wrażenie. Księgi metrykalne z poszczególnych lat składają się z trzech części – aktów urodzeń, aktów ślubu i aktów zgonu (niekiedy uroczo nazywanymi aktami zejścia). Po każdej części lub na końcu całej księgi znajduje się spis osób, za pomocą którego najłatwiej sprawdzić, czy w księdze mowa jest o naszym przodku. Czasami księgi są dostępne w postaci mikrofilmów i można się nauczyć, jak się obsługuje czytnik mikrofilmów, co zawsze jest jakąś nową umiejętnością, prawda? 🙂 Na miejscu w archiwum najczęściej trzeba wypełnić zgłoszenie użytkownika, w którym podajemy nasze dane i cel poszukiwań, i odpowiednie rewersy. Niestety zazwyczaj nie można samodzielnie robić zdjęć zasobom – skany lub odbitki trzeba osobno zamówić (chyba że oglądamy mikrofilm – wtedy najczęściej nie ma problemu ze zrobieniem zdjęć, ale jakość obrazu jest trochę gorsza).

Jeżeli do danego archiwum mamy daleko, istnieje jeszcze jedna możliwość – atrakcyjna szczególnie dla mieszkańców Warszawy i Wrocławia. W tych dwóch miastach działają Centra Historii Rodziny prowadzone przez mormonów. Członkowie tego kościoła od wielu lat digitalizują księgi metrykalne z całego świata i można je zamawiać do Polski z Salt Lake City (katalog znajdziecie na tej stronie), aby przejrzeć je w Centrach Historii Rodziny. Jest to usługa odpłatna, ale niestety nie pamiętam, ile dokładnie płaciłam za zamówienie mikrofilmu z księgami. Nie trzeba się obawiać odwiedzin w Centrum, byłam tam dwukrotnie i mormoni w żaden sposób nie próbują w nich nikogo siłą nawracać. Obsługa jest zawsze bardzo miła i uczynna. Zresztą w archiwach państwowych też. W archiwach państwowych można też dokonywać zamówień ksiąg między archiwami, ale nie wiem niestety, jak wygląda taka procedura w praktyce.

Jeżeli Wasi przodkowie zaginęli w czasie drugiej wojny światowej lub zostali wywiezieni do hitlerowskiego obozu, możecie zgłosić się do PCK lub do Międzynarodowego Biura Poszukiwań ITS w Arolsen. Poszukiwania trochę zajmują, ale możecie być pewni, że jeżeli istnieją jakiekolwiek dane o losach Waszych przodków z lat wojennych, to na pewno je dostaniecie. Zarówno ja, jak i mój mąż poznaliśmy w ten sposób nieznane losy (niestety smutne) naszych przodków.

Czasem niektóre księgi są dostępne wyłącznie w archiwach archidiecezjalnych. Wtedy nie wyświetlają się też w bazie Pradziad. Niestety archiwa kościelne jakoś nie są tak chętne do współpracy. Do wielu trzeba udać się osobiście, bo nie wykonują kwerend, a część w ogóle nie udostępnia swoich zasobów, co uważam za wyjątkowo oburzające.

Gdy wreszcie zdobyliśmy interesujący nas akt, musimy…

5. Go przetłumaczyć.

Ze względu na burzliwą historię naszego kraju prawdopodobnie okaże się, że metryki Waszych przodków nie będą spisane w języku polskim. Przykładowo znacząca większość metryk z zaboru rosyjskiego z lat 1866-1918 jest w języku rosyjskim. Ja niestety rosyjskiego nie znam, więc przy okazji znalezienia pierwszego aktu w języku rosyjskim męczyłam o tłumaczenie koleżankę z roku, ale okazało się, że w internecie funkcjonuje prężna społeczność wolontariuszy zajmujących się tłumaczeniami dokumentów genealogicznych! Tu właśnie dochodzimy do wątku tłumaczeniowego tego wpisu 🙂 (lepiej późno niż wcale). Na forach: genealodzy.plforgen.pl znajdziecie nie tylko masę przydatnych informacji o poszukiwaniach, lecz także działy, w których możecie poprosić o pomoc w tłumaczeniu aktu z języka rosyjskiego, niemieckiego, łaciny i innych języków. Wielokrotnie korzystałam z tych forów przy okazji tłumaczeń dokumentów dotyczących mojej rodziny i nigdy się nie zawiodłam. Często otrzymywałam tłumaczenie już po kilku godzinach od zadania pytania :). Sama niestety nigdy nikomu nic w ten sposób nie przetłumaczyłam, bo nie miałam styczności z dokumentami z zaboru pruskiego i nie wiem, jak wyglądają, ale uważam, że jest to bardzo ciekawy sposób na zdobycie wartościowego doświadczenia do CV dla początkujących tłumaczy. Ostatecznie zostawia się w ten sposób wyraźny ślad w internecie, który potencjalny, komercyjny zleceniodawca może łatwo zweryfikować, a przy okazji pomaga się ludziom, którzy chcą poznać historię swoich przodków.

Mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się Was zachęcić do poszukiwań. Jest to naprawdę fascynująca przygoda, przypominająca trochę pracę detektywa (w czym przypomina pracę tłumacza). Ponadto uważam, że to znakomity sposób na zbliżenie członków rodziny i uniknięcie przy okazji świąt stresujących rozmów o polityce/Waszych nieskończonych studiach/braku narzeczonych/mężów/dzieci/braku pracy/kiepskiej pracy/kryzysie gospodarczym/końcu świata itp :). Zainteresowanym polecam świetną książkę Małgorzaty Nowaczyk „Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego” opisującą w przystępny sposób tajniki poszukiwań genealogicznych.

 

Próbki tłumaczeniowe – tylko ostrożnie!

Time Effort Money

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył ciemnej strony branży tłumaczeniowej, a mianowicie nieuczciwych biur tłumaczeń/tłumaczy/klientów wysyłających „fałszywe” próbki tłumaczeń. Co mam na myśli, pisząc „fałszywe”? Chodzi mi o próbki, które w zamyśle osoby je kompilującej nie mają wcale sprawdzać wiedzy i umiejętności tłumacza, a jedynie służyć pozyskaniu tekstu w języku docelowym – oczywiście za darmo. Takie zjawisko z całą pewnością występuje na rynku tłumaczeń literackich (sprawa wydawnictwa Amber opisana na przykład tutaj), ale podejrzewam, że również na rynku tłumaczeń innych niż literackie, czyli takich, którymi zajmuję się na co dzień. Przy okazji aplikowania do różnych biur tłumaczeń kilka razy miałam już wrażenie, że moja starannie wykonana próbka została wykorzystana do stworzenia i sprzedania pełnego „tłumaczeniowego dzieła”. Szczerze mówiąc, ciężko mi sobie wyobrazić sens świadczenia usług tłumaczeniowych w oparciu o darmowe próbki, bo o ile terminologię w tekstach można ujednolić, to taki nieuczciwy zleceniodawca nie może mieć pewności, że wszyscy zainteresowani potencjalną współpracą tłumacze rzeczywiście tłumaczyć potrafią i że ten kolektywny twór będzie dawał się czytać.

Na szczęście większość biur tłumaczeń nie stosuje takich praktyk, niemniej jednak myślę, że warto zwrócić uwagę na pewne kwestie, które mogą świadczyć o tym, że nasz potencjalny pracodawca nie postępuje całkiem fair. W takich przypadkach uważam, że warto odpuścić sobie tłumaczenie próbki, a zaoszczędzony czas przeznaczyć na inne działania, jak choćby upiększanie profilu na portalu Globtra lub Proz.com :).

Z moich obserwacji, a także z lektury forów branżowych wynika, że należy wystrzegać się próbek, które są:

1. Przysyłane do nas z niezbyt profesjonalnego adresu e-mail, typu misio_pysio@browar.pl. Swoją drogą zachęcam do przyjrzenia się własnemu adresowi e-mail pod tym kątem :).

2. Sygnowane przez firmy-krzaki, zupełnie nieznane w branży tłumaczeń. Zresztą przed przystąpieniem do współpracy z jakimkolwiek biurem warto zajrzeć na Wywiadownię Branżowego Forum Tłumaczy.

3. Podejrzanie długie. Trzeba się dobrze zastanowić, zanim zabierzemy się za tłumaczenie nieliterackiej próbki dłuższej niż 1-2 strony rozliczeniowe. Oczywiście mam na myśli teksty dotyczące jednego tematu. Jeżeli zadeklarowaliśmy, że specjalizujemy się w większej liczbie dziedzin, to oczywiście łączna objętość próbki może być większa.

4. Jedną całością. Nawet jeżeli tekst jest krótki, ale stanowi kompletną całość – na przykład jest to ulotka jakiegoś kosmetyku – powinno nas to zastanowić. Trzy lata temu zdarzył mi się tego typu przypadek – przetłumaczyłam na próbę ulotkę kosmetyku. Kiedy próbowałam dowiedzieć się, jak mi poszło, okazało się, że takiej firmy nie ma i nie było, ale za to na forach mogłam poczytać opinie innych poszkodowanych. Najczęściej próbki są fragmentami jakiejś większej całości – częścią dialogu z gry, fragmentem dokumentu, jednym akapitem z instrukcji itp. Z mojego doświadczenia z pracy weryfikatora wynika, że nawet kilka zdań wystarczy, aby stwierdzić, czy ktoś dobrze tłumaczy.

Z drugiej strony, możemy być spokojni, że tekst jest rzeczywiście próbką tłumaczeniową danej firmy, jeśli tłumacze poszukują w internecie, np. na KudoZ, całych fraz z danego dokumentu :). Bądź co bądź, jak często można zmieniać próbki tłumaczeniowe (choć co jakiś czas z pewnością trzeba).

Oczywiście nie można zakładać, że dana firma nas niecnie wykorzystała, bo się do nas nie odezwała po otrzymaniu próbki. Po pierwsze, mogło się okazać, że po prostu nie spełniamy oczekiwań klienta, chociaż w tym przypadku w dobrym tonie byłoby odpisanie czekającemu tłumaczowi. Bądźmy jednak choć trochę wyrozumiali dla biur tłumaczeń – codziennie ich pracownicy kontaktują się z setkami tłumaczy i mogli o nas (wstyd i hańba!) zapomnieć. Często próbka długi czas oczekuje na sprawdzenie, bo moce przerobowe działu weryfikacji są ograniczone. W obu tych przypadkach zachęcam do telefonicznego lub mailowego przypomnienia się, choć wiem, że niektórzy mają do tego wrodzoną awersję. Szkoda by było stracić świetną okazję do nawiązania współpracy tylko dlatego, że nasza próbka wpadła za szafkę, prawda?

Mam nadzieję, że te kilka porad pozwoli Wam zaoszczędzić nieco czasu przy okazji poszukiwania nowych klientów. A może i Wy macie jakieś wskazówki dotyczące tego, jak unikać nieuczciwych zleceniodawców? Zachęcam do komentowania (przycisk Submit w komentarzach jest już widoczny).