Gabriela Janiszewska Translite

Category Archives: zdobywanie doświadczenia

Praca z domu na urlopie macierzyńskim – bez lukru

Pod koniec ciąży napisałam artykuł o tym, jak mi się pracowało zdalnie w tym błogosławionym stanie. Teraz, gdy mój urlop macierzyński się skończył, czas na drugą część tego cyklu czyli wrażenia mamuśki-freelancerki.

W internecie można natknąć się na artykuły, których autorzy przekonują, że urlop macierzyński to świetny czas na rozkręcenie własnego biznesu, aby gdy nasz 12-miesięczny „urlop” (znacie ten dowcip –> patrz obrazek) się skończy, nie trzeba było wracać do kieratu, tylko móc elastycznie łączyć pracę zawodową z wychowywaniem malucha. I co? Z mojej perspektywy rozkręcenie czegokolwiek w tym czasie byłoby szaleństwem. Owszem da się kontynuować prowadzenie działalności, ale to, w jakim wymiarze, zależy przede wszystkim od… dziecka.

Moja córcia jest typowym pieszczoszkiem, który praktycznie od samego początku nie śpi w swoim łóżeczku tylko na mnie lub z nami w łóżku (ewentualnie w wózku lub nosidle) oraz nie toleruje zbyt długiej rozłąki z mamą (na razie najdłużej 1,5 godziny). Ponadto szkoda jej czasu na przesypianie odcinków dłuższych niż 2 godziny w nocy i 45 minut w dzień, więc o pracy zawodowej w ciągu dnia mogłam zapomnieć.

Jak się zatem organizowałam? Przede wszystkim pracowałam i pracuję wieczorami, siedząc w łóżku i jednocześnie pilnując śpiącej tam córki. Jako że córka pada między 19 a 21, siłą rzeczy zostają mi jakieś 2-3 godziny, zanim obydwoje z mężem też nie zapragniemy udać się na zasłużony odpoczynek. Do tego czasami uda mi się popracować w weekendy, gdy córką zajmuje się mąż, ale z tym bywa ciężko, bo L. co jakiś czas do mnie przybiega i domaga się uwagi/wzięcia na ręce/na kolana/karmienia piersią. Jeżeli zamknę się w pokoju, to potrafi się dobijać ;-). Na szczęście dzieci mają to do siebie, że powolutku dorastają i cały czas się zmieniają. Na przykład w ostatnich dniach L. nauczyła się spać w nieruchomym wózku, więc w ramach spaceru czasami wystawiam wózek z nią na taras i wtedy mogę pracować w domu i mieć na nią oko. Niemniej jednak warto pamiętać, że dzieci zwłaszcza tak małe mają różne okresy i za chwilę może być gorzej lub lepiej.Urlop macierzyński

Pewnie to, co napisałam powyżej, wygląda na typowe malkontenctwo zmęczonej mamuśki i grubą przesadę, ale jednak decydując się na pracę zdalną na urlopie macierzyńskim, warto wziąć pod uwagę, że dziecko, które się urodzi, może nie być „książkowe” i może potrzebować więcej bliskości, niż się spodziewaliśmy i niż opisują w popularnych poradnikach dla rodziców. Oczywiście może też być zupełnie inaczej. Koleżanka opowiadała mi o tłumaczce, która z pomocą niani i rodziny zaraz po urodzeniu dziecka, wyrabiała się z pracą na pełny etat. Ja jednak wychodzę z założenia, że po to przysługuje mi urlop macierzyński i zasiłek, abym ten czas mogła przede wszystkim spędzać z dzieckiem, a kariera poczeka. Zresztą mogę zakończyć optymistycznym akcentem: klienci na mnie poczekali i w zasadzie dalej współpracuję ze wszystkimi kontrahentami, z którymi pracowałam przed porodem, a nawet nawiązałam kilka nowych ciekawych kontaktów. Naprawdę w branży tłumaczeniowej nie jest tak źle z chodzeniem na macierzyński. Ja poszłam na zwolnienie na dwa miesiące przed porodem, a pierwszą fakturę za samodzielnie wykonane tłumaczenie (w międzyczasie niektóre projekty podzlecałam) wystawiłam w styczniu, czyli nie byłam aktywna zawodowo przez 4 miesiące. Kawałek czasu, ale spotkałam się z pełnym zrozumieniem kontrahentów – ostatecznie przecież prawie każdy ma rodzinę i wie, jak to jest.

Jakie są moje plany na czas po urlopie macierzyńskim? Na razie kontynuuję pracę wieczorową i weekendową oraz zostaję z córką w domu. Przed porodem myśleliśmy o żłobku, ale teraz obydwoje z mężem widzimy, że na razie nasza córka mogłaby sobie nie poradzić, a przecież dlatego wybrałam takie studia i taką pracę, aby właśnie móc dłużej pobyć z dziećmi w domu. Niemniej jednak nie jest łatwo pracować na dwa etaty. Podziwiam tłumaczki z większą liczbą dzieci (Gosia to o Tobie :)).

A jak było u Was? Czy udało się Wam pogodzić freelancing i opiekę nad maluszkiem? Co zrobiłyście po urlopie macierzyńskim?

O różnych historiach mam-tłumaczek możecie poczytać w wątku na Forum Branżowym Tłumaczy (trzeba posiadać konto).

7 ways to boost your career when you are still a translation student

Image courtesy of jscreationzs / FreeDigitalPhotos.net

First of all, start developing your career in translation while you are still studying! It’s much more difficult to start when you graduate from the university with virtually no experience – the pressure to start making a living out of translation is much greater and establishing yourself as a translator takes some time. I know that when you study languages it’s very tempting to give language classes here and there to earn some extra money. Moreover, the rates for teaching languages are higher than rates for translators at the beginning of their career (at least in the bigger cities in Poland), but if you really feel that translation is what you want to do in the future, it would be good to devote some time to make your start easier. How to do that? Here are some tips that worked for me:

1. Create your profile on career portals and websites for translators

You don’t feel it is necessary, because you don’t have anything to write about? It’s not true! You are a student of translation, don’t you? Write it! Describe the types of texts which you enjoy translating during translation classes, write about language certificates if you have any, add your picture and contact details (and for heaven’s sake please choose a professional e-mail address – no sweet1996_love_volleyball@gmail.com!), and keep updating your profiles when you gain any additional experience, skill, academic degree. Think about your hobbies. Maybe you have some expert knowledge in a certain field such as photography, computer games, fashion, sailing, etc. because you enjoy doing it in your free time. Some translation companies might look exactly for you. You may also write that you are willing to do some translations for non-profit organisations and initiatives…

Genealogia dla początkujących (nie tylko tłumaczy)

Dzisiejszy wpis będzie miał tylko luźny związek z branżą tłumaczeniową, ale z okazji zbliżających się świąt można pozwolić sobie na odpłynięcie myślami w nieco inną stronę, w tym przypadku w przeszłość. Jedną z moich pasji są badania genealogiczne mojej rodziny. Zainspirował mnie do nich mój mąż, który dwa lata temu właśnie przy okazji Bożego Narodzenia zaczął przepytywać rodzinę o przodków i rysować drzewo genealogiczne. Ja zrobiłam to samo i okazało się, że jest to bardzo przyjemny temat do konwersacji w trakcie wigilii – sentymentalny dla starszych członków rodziny, a pouczający dla młodszych. Polecam też to zajęcie narzeczonym – rozrysowane drzewo bardzo przydaje się przy planowaniu listy gości :). Niemniej jednak na podstawie samych doniesień rodzinnych nie dowiemy się, czy nasz przodek sączył miód na weselu Bolesława Chrobrego, a przynajmniej nie będą to udokumentowane informacje :). Jak się zatem zabrać do dalszych poszukiwań? Trzeba przede wszystkim:

Akt urodzenia Łucja Marianna Łopińska1. Pobrać program do tworzenia drzewa genealogicznego.

W przeciwnym wypadku będzie nam potrzebna bardzo duża kartka papieru. Ja korzystam z programu Family Tree Builder, który jest bardzo prosty w obsłudze, tworzy przejrzyste drzewa, wydruki, zestawienia i statystyki (np. najpopularniejsze imię, średnia wieku, średnia liczba dzieci itp.), przeszukuje bazy danych MyHeritage w poszukiwaniu podobnych drzew (ta opcja naprawdę się sprawdza – nawiązałam w ten sposób kilka kontaktów i zdobyłam dane o przodkach) i tworzy stronę internetową rodziny, na którą mogą wchodzić wszyscy jej członkowie, aby podziwiać Wasze dzieło :). Program ten ma jednak pewną wadę – jeżeli mamy powyżej 250 osób w drzewie, trzeba zapłacić, aby informacje o kolejnych osobach mogły być publikowane na stronie rodziny.

2. Porozmawiać z rodziną.

Jak już wspomniałam na wstępie, właśnie nadarza się ku temu doskonała okazja. Warto wspomnieć członkom rodziny o swoich planach na kilka dni przed świątecznym spotkaniem, aby mogli poszukać zdjęć i dokumentów (aktów ślubu, śmierci i urodzeń). Najpewniejszym źródłem danych są oczywiście dokumenty, ale wiadomo, że im dalej wstecz tym mniej ich mamy. Być może ktoś z dalszej rodziny ma jakieś inne wartościowe dokumenty? Dobrym pomysłem jest przepytanie o nie dalszej rodziny przy okazji telefonicznego składania życzeń. Przy okazji warto przepytać o daty ślubów, urodzeń, imienin żyjących osób – drzewo genealogiczne jest też doskonałym przypominaczem o jubileuszach naszych bliskich.

3. Poszukać w internecie.

Gdy już zbierzemy wszystkie łatwo dostępne dane i wprowadzimy je do drzewa, trzeba przyjrzeć się, skąd pochodzili nasi przodkowie i z jakich lat mamy ostatnie pewne dane na ich temat. W przypadku osób przynależących do Kościoła katolickiego najważniejszą informacją jest parafia. Jeżeli rodzina nie wie, do jakiej parafii przynależeli bliscy, trzeba poszukać tej informacji w internecie, na podstawie znanego miejsca zamieszkania (warto pamiętać przy tym, że śluby najczęściej zawierano w parafii narzeczonej). Najczęściej na stronach archidiecezji znajdziemy informacje o poszczególnych parafiach, datach ich erygowania i przynależących do nich dzielnicach, miejscowościach lub wsiach. Gdy mamy już tę informację, wchodzimy na stronę, bez której genealog się nie obejdzie – stronę z bazą danych Pradziad zawierającą informacje o księgach metrykalnych znajdujących się w zasobach archiwów państwowych. Tam wpisujemy nazwę poszukiwanej miejscowości, np. Mszczonów, i klikamy „Szukaj”. Pojawi się tabela z latami i wyznaniami, z których dostępne są księgi z danej miejscowości.

Jak widać, najnowsze wpisy z Mszczonowa pochodzą z 1925 roku. Co zrobić, jeśli nasza wiedza o przodkach urywa się znacznie później, np. w 1945? Kościoły i urzędy stanu cywilnego przekazują księgi metrykalne do archiwów po około 100 latach. Dlatego w takim przypadku musimy sprawdzić w internecie, który urząd stanu cywilnego będzie właściwy dla poszukiwanego przez nas dokumentu. Jeśli nasz przodek urodził się/zawarł związek małżeński/zmarł w Warszawie, to mamy pewne ułatwienie – nie musimy udawać się do USC we właściwej dzielnicy, możemy złożyć wniosek w dowolnie wybranym warszawskim urzędzie, a po około 2-3 tygodniach dostaniemy odpis. Do celów genealogicznych najlepiej pozyskiwać odpis zupełny, bo będzie w nim najwięcej danych niezbędnych do poszukiwania dalej. Jeżeli jednak do USC Waszego przodka macie dość daleko, nie przejmujcie się. Genealogia stała się ostatnio na tyle popularna, że większość urzędników przyjaźnie spogląda na maile z podaniami o wyszukanie odpowiednich danych. Najczęściej urzędnicy są na tyle pomocni, że wysyłają zdjęcie oryginalnego aktu i nie trzeba płacić za odpis – a zresztą posiadanie zdjęcia oryginału daje o wiele więcej satysfakcji :).

Jeżeli jednak poszukujecie danych z lat wcześniejszych i widzicie, że są one dostępne w bazie Pradziad, trzeba kliknąć „Więcej”, aby zobaczyć, gdzie przechowywane są dane księgi. Gdy już wiemy, które archiwum je przechowuje, możemy albo udać się tam osobiście (o czym w kolejnym punkcie), albo napisać i wysłać podanie (pocztą elektroniczną lub tradycyjną). W takim przypadku musimy podać nazwę i numer zespołu, które są podane w bazie Pradziad, interesujący nas rok, typ aktu i jak najwięcej znanych nam danych o poszukiwanej osobie. W zależności od archiwum na wyszukanie danych trzeba czekać od 2 tygodni do kilku miesięcy. Jeżeli nie posiadamy dokładnych danych, możemy zlecić archiwum poszukiwania, które są płatne za godzinę. Oczywiście wykonanie skanu lub kopii interesującego nas aktu jest również płatne, ale są to stosunkowo niewielkie kwoty rzędu 4-6 zł.

Nie jest to jednak koniec możliwości, jakie w zakresie genealogii kryje w sobie internet. Jak już wspomniałam, genealogia staje się coraz bardziej popularna, a co za tym idzie, podejmowane są różne inicjatywy zmierzające ku zachowaniu ksiąg dla potomnych w formie cyfrowej i ułatwieniu w ten sposób poszukiwania przodków. Archiwa we współpracy z towarzystwami genealogicznymi, wolontariuszami i stronami internetowymi digitalizują księgi metrykalne i umieszczają je w internecie, często przy okazji je indeksując, tj. spisując dane z ksiąg. Bezcenną stroną zawierającą dane z całej Polski jest Geneteka. Na tej stronie możemy wybrać interesujące nas województwo, a następnie Genetekaodpowiednią parafię i typ wpisów (zgodny, małżeństwa i urodzenia) i wyszukiwać po nazwiskach naszych przodków. Oprócz nazwisk, dat, numerów aktu (przydatnych w przypadku zamawiania skanów z archiwów) znajdziemy tam często informacje o rodzicach (często w tym celu trzeba najechać na ikonkę „i” w kolumnie uwagi – patrz zrzut ekranu), co pomoże nam w dalszych poszukiwaniach. Ponadto w przypadku niektórych parafii mamy też do dyspozycji przycisk „Skan”, który przekieruje nas na inną stronę portalu genealodzy.pl – Metryki. Na tej stronie można znaleźć zeskanowane całe zespoły ksiąg metrykalnych i jest to chyba najwygodniejsza z możliwych form poszukiwania przodków :).

Istnieją też inne witryny, których członkowie zajmują się indeksacją danych. Bardzo bogatą i znaną mi ze względu na pochodzenie moich przodków stroną jest Portal genealogów Lubelszczyzny. Niektóre skany są dostępne również na stronie Szukaj w archiwach. Także jak widać informacje są nieco rozproszone, ale sporą część pracy genealogicznej można wykonać, nie ruszając się z fotela. Jednak w końcu przychodzi taka pora, że trzeba…

4. Wybrać się do archiwum.

Serdecznie polecam taką wycieczkę, ponieważ obejrzenie chociaż raz starej księgi metrykalnej robi niezapomniane wrażenie. Księgi metrykalne z poszczególnych lat składają się z trzech części – aktów urodzeń, aktów ślubu i aktów zgonu (niekiedy uroczo nazywanymi aktami zejścia). Po każdej części lub na końcu całej księgi znajduje się spis osób, za pomocą którego najłatwiej sprawdzić, czy w księdze mowa jest o naszym przodku. Czasami księgi są dostępne w postaci mikrofilmów i można się nauczyć, jak się obsługuje czytnik mikrofilmów, co zawsze jest jakąś nową umiejętnością, prawda? 🙂 Na miejscu w archiwum najczęściej trzeba wypełnić zgłoszenie użytkownika, w którym podajemy nasze dane i cel poszukiwań, i odpowiednie rewersy. Niestety zazwyczaj nie można samodzielnie robić zdjęć zasobom – skany lub odbitki trzeba osobno zamówić (chyba że oglądamy mikrofilm – wtedy najczęściej nie ma problemu ze zrobieniem zdjęć, ale jakość obrazu jest trochę gorsza).

Jeżeli do danego archiwum mamy daleko, istnieje jeszcze jedna możliwość – atrakcyjna szczególnie dla mieszkańców Warszawy i Wrocławia. W tych dwóch miastach działają Centra Historii Rodziny prowadzone przez mormonów. Członkowie tego kościoła od wielu lat digitalizują księgi metrykalne z całego świata i można je zamawiać do Polski z Salt Lake City (katalog znajdziecie na tej stronie), aby przejrzeć je w Centrach Historii Rodziny. Jest to usługa odpłatna, ale niestety nie pamiętam, ile dokładnie płaciłam za zamówienie mikrofilmu z księgami. Nie trzeba się obawiać odwiedzin w Centrum, byłam tam dwukrotnie i mormoni w żaden sposób nie próbują w nich nikogo siłą nawracać. Obsługa jest zawsze bardzo miła i uczynna. Zresztą w archiwach państwowych też. W archiwach państwowych można też dokonywać zamówień ksiąg między archiwami, ale nie wiem niestety, jak wygląda taka procedura w praktyce.

Jeżeli Wasi przodkowie zaginęli w czasie drugiej wojny światowej lub zostali wywiezieni do hitlerowskiego obozu, możecie zgłosić się do PCK lub do Międzynarodowego Biura Poszukiwań ITS w Arolsen. Poszukiwania trochę zajmują, ale możecie być pewni, że jeżeli istnieją jakiekolwiek dane o losach Waszych przodków z lat wojennych, to na pewno je dostaniecie. Zarówno ja, jak i mój mąż poznaliśmy w ten sposób nieznane losy (niestety smutne) naszych przodków.

Czasem niektóre księgi są dostępne wyłącznie w archiwach archidiecezjalnych. Wtedy nie wyświetlają się też w bazie Pradziad. Niestety archiwa kościelne jakoś nie są tak chętne do współpracy. Do wielu trzeba udać się osobiście, bo nie wykonują kwerend, a część w ogóle nie udostępnia swoich zasobów, co uważam za wyjątkowo oburzające.

Gdy wreszcie zdobyliśmy interesujący nas akt, musimy…

5. Go przetłumaczyć.

Ze względu na burzliwą historię naszego kraju prawdopodobnie okaże się, że metryki Waszych przodków nie będą spisane w języku polskim. Przykładowo znacząca większość metryk z zaboru rosyjskiego z lat 1866-1918 jest w języku rosyjskim. Ja niestety rosyjskiego nie znam, więc przy okazji znalezienia pierwszego aktu w języku rosyjskim męczyłam o tłumaczenie koleżankę z roku, ale okazało się, że w internecie funkcjonuje prężna społeczność wolontariuszy zajmujących się tłumaczeniami dokumentów genealogicznych! Tu właśnie dochodzimy do wątku tłumaczeniowego tego wpisu 🙂 (lepiej późno niż wcale). Na forach: genealodzy.plforgen.pl znajdziecie nie tylko masę przydatnych informacji o poszukiwaniach, lecz także działy, w których możecie poprosić o pomoc w tłumaczeniu aktu z języka rosyjskiego, niemieckiego, łaciny i innych języków. Wielokrotnie korzystałam z tych forów przy okazji tłumaczeń dokumentów dotyczących mojej rodziny i nigdy się nie zawiodłam. Często otrzymywałam tłumaczenie już po kilku godzinach od zadania pytania :). Sama niestety nigdy nikomu nic w ten sposób nie przetłumaczyłam, bo nie miałam styczności z dokumentami z zaboru pruskiego i nie wiem, jak wyglądają, ale uważam, że jest to bardzo ciekawy sposób na zdobycie wartościowego doświadczenia do CV dla początkujących tłumaczy. Ostatecznie zostawia się w ten sposób wyraźny ślad w internecie, który potencjalny, komercyjny zleceniodawca może łatwo zweryfikować, a przy okazji pomaga się ludziom, którzy chcą poznać historię swoich przodków.

Mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się Was zachęcić do poszukiwań. Jest to naprawdę fascynująca przygoda, przypominająca trochę pracę detektywa (w czym przypomina pracę tłumacza). Ponadto uważam, że to znakomity sposób na zbliżenie członków rodziny i uniknięcie przy okazji świąt stresujących rozmów o polityce/Waszych nieskończonych studiach/braku narzeczonych/mężów/dzieci/braku pracy/kiepskiej pracy/kryzysie gospodarczym/końcu świata itp :). Zainteresowanym polecam świetną książkę Małgorzaty Nowaczyk „Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego” opisującą w przystępny sposób tajniki poszukiwań genealogicznych.