Gabriela Janiszewska Translite

O mnie

Przede wszystkim witam Państwa na stronie opisującej moją pracę jako tłumaczki i weryfikatorki języka polskiego, angielskiego i niemieckiego. Działalność pod szyldem Gabriela Janiszewska Translite rozpoczęłam 1 lutego 2012 r. i wtedy też uruchomiłam moją pierwszą stronę internetową Więcej »

Tłumaczenia

Tłumaczenia Oferuję tłumaczenia z języka angielskiego i niemieckiego, na te języki oraz pomiędzy tymi językami. Gwarantuję: terminowość, bo czas to pieniądz, a konkurencja nie śpi; poprawność językową – karierę zaczynałam jako weryfikatorka w renomowanym biurze tłumaczeń, które od lat wygrywa Więcej »

Dane kontaktowe

W tej zakładce znajdą Państwo mój numer telefonu, adres e-mail, a także dane do faktury i informacje o możliwych metodach płatności i o godzinach mojej pracy. Dane do faktury: Gabriela Janiszewska Translite ul. Oliwkowa 24 05-500 Józefosław NIP: 123-111-96-58 REGON: 145958699 Najłatwiej Więcej »

Moje doświadczenie

Nazywam się Gabriela Janiszewska (moje nazwisko panieńskie to Galińska), a moją pasją są tłumaczenia, dzięki którym codziennie mogę uczyć się nowych rzeczy o świecie. Moją podstawową zasadą w pracy jest rzetelność – zawsze staram się, aby moje tłumaczenia były Więcej »

Mówiąc w cudzysłowie…

…czyli jak poprawnie zapisywać cytaty

Interpunkcja to jeden z moich ulubionych działów wiedzy o języku polskim. Chociaż wiele osób nie znosi rozważań o tym, gdzie należałoby postawić przecinek, kiedy można zastosować średnik itp., uważam, że interpunkcja w języku polskim bardzo pomaga w rozumieniu tekstu, jeżeli jest stosowana poprawnie. Z moich obserwacji wynika, że jednym z bardziej kłopotliwych znaków jest cudzysłów (przy okazji warto pamiętać, że poprawna forma to w cudzysłowie, a nie w cudzysłowiu).

Zapis cudzysłowu

Bardzo często zdarza się, że w prasie, na stronach internetowych i w tłumaczonych dokumentach pojawia się cudzysłów zapisywany w taki sposób “…”. Nie jest to niestety format zalecany w języku polskim. Jest on natomiast stosowany w języku angielskim (a w niemieckim cudzysłów jest jeszcze inny, o czym poniżej). Prawdopodobnie to jest właśnie przyczyną wielu błędów dotyczących jego zapisu. Być może wynika to również z korzystania z oprogramowania, które nie uwzględnia odmiennego formatu cudzysłowów w języku polskim. W programie Trados Studio, z którego korzystam, gdy tłumaczę część zlecanych mi tekstów, automatycznie wstawiany jest cudzysłów w formacie “…”. Podobnie niestety działa interfejs WordPressa, z którego korzystam na tej stronie. (Mała aktualizacja – dziękuję za czujność Karolinie Milewskiej) Okazało się, że jednak WordPress po opublikowaniu wpisu wstawia polskie cudzysłowy!  Aby zapisać cudzysłów poprawnie, wpisuję skróty z klawiatury numerycznej ( „ = Alt + 0132, ” = Alt + 0148). Program memoQ jest w tym zakresie o wiele lepszy, ponieważ przy tłumaczeniu w kombinacji na polski automatycznie wstawia prawidłowe cudzysłowy „…”.

Dlatego pamiętajmy, jak zapisujemy cudzysłów w:

  • języku polskim:

Z badań wynika, że 68% tłumaczy po 10 godzinach pracy nie wie, jak się nazywa.

  • języku angielskim:

More than 50% of them think of changing their profession.

  • języku niemieckim:

Jeder Dritte arbeitet weitere 10 Stunden.

Kolejność zapisu znaków interpunkcyjnych

Druga bardzo istotna kwestia to kolejność zapisywania innych znaków interpunkcyjnych w bezpośrednim sąsiedztwie cudzysłowu. Posłużę tu się przykładem z programu informacyjnego Fakty TVN z 13 stycznia 2013 r. (Wygrana z PRL-em ), gdzie wypowiedź Zbigniewa Romaszewskiego zapisano w następujący sposób:

„Pieniądze przyznane przez sąd pozwolą nam godnie przeżyć te ostatnie lata.” (1:30 nagrania)

Prawidłowy zapis to:

„Pieniądze przyznane przez sąd pozwolą nam godnie przeżyć te ostatnie lata”.

Mówiąc w skrócie, zasada jest taka: kropka w zdaniu jest zawsze ostatnia i musi znaleźć się poza obrębem cudzysłowu. Należy postawić kropkę na końcu zdania także wtedy, gdy cytat kończy się znakiem zapytania lub wykrzyknikiem:

Gdy komputer tłumaczki zawiesił się, a ona przypomniała sobie, że nie zapisała dokumentu, z gardła wyrwał jej się dramatyczny okrzyk: „Ty durna babo!”.

Chwilę później, obgryzając nerwowo paznokcie, zadawała sobie pytanie: „Czy zadziałała funkcja Autozapisu w Wordzie?”.

 Moim zdaniem taki zapis jest zresztą czytelniejszy niż np. w języku angielskim, gdzie końcowa pozycja cudzysłowu powoduje, że nie wiadomo w zasadzie, czy ostatni znak interpunkcyjny odnosi się do całego zdania, czy tylko cytatu.

Recenzja polsko-angielskiego i angielsko-polskiego Podręcznego słownika medycznego

Słownik medyczny Wydawnictwa Lekarskiego PZWLCzas wrócić do blogowania po dłuższej przerwie urlopowej. Dzisiaj chciałabym zrecenzować elektroniczny polsko-angielski i angielsko-polski Podręczny słownik medyczny Wydawnictwa Lekarskiego PZWL. Słownik ten jest oparty na wydaniu książkowym autorstwa Przemysława i Piotra Słomskich i według informacji podanych na stronie wydawnictwa zawiera około 100 000 haseł.

Zacznę od strony technicznej. Jak wspomniałam, słownik jest elektroniczny i po jego zakupie można go od razu pobrać ze strony producenta, a kod licencyjny otrzymujemy e-mailowo. Jestem zdecydowaną zwolenniczką takiego rozwiązania, ponieważ umożliwia to uzyskanie szybkiego dostępu do przydatnego słownika, gdy mamy do wykonania ekspresowe tłumaczenie. Ponadto na półce nie kurzy się pudełko ani płyta CD (dodatkowy plus za ekologię).

Sama aplikacja prezentuje się zaskakująco atrakcyjnie w porównaniu na przykład ze słownikami firmy LexLand czy wydawnictwa PWN. Szczerze mówiąc, to obawiałam się nawet tej atrakcyjności, gdyż niekiedy większa ilość graficznych „fajerwerków” wiąże się ze zmniejszoną efektywnością użytkowania i zawieszaniem się programów. Jak do tej pory ani razu nie wystąpiły u mnie żadne błędy, ale przyznaję, że mam bardzo mocny komputer.

Z atrakcyjnym wyglądem programu wiąże się jednak pewna wada, a mianowicie brak możliwości dowolnej regulacji wielkości okna i przypinania go do krawędzi ekranu, z czego stale korzystam. Okno może być rozciągnięte na pełny ekran, ale w najmniejszej postaci zajmuje 1/4 jego powierzchni.

Jak widać na zrzucie ekranu, w lewym górnym rogu okna znajduje się wyszukiwarka terminów z możliwością uruchomienia klawiatury ekranowej, na której dostępne są m.in. łacińskie symbole, rozszerzenia IPA i polskie znaki diakrytyczne. Poniżej wyszukiwarki znajdziemy opcje wyszukiwania, gdzie możemy skonfigurować wyszukiwanie tylko pełnych wyrazów, uwzględnianie wielkości znaków oraz to, jakie elementy słownika mają być przeszukiwane. Poniżej listy terminów znajdują się opcje dodaj i usuń hasło przeznaczone dla tych, którzy chcą samodzielnie rozbudować słownik. Dla mnie jest to opcja raczej nieprzydatnIle miejsca zajmuje słownik PZWL na ekranie?a, bo przede wszystkim rozbudowuję mój glosariusz medyczny w programie Trados Studio. W prawym dolnym rogu znajdują się przyciski umożliwiające kopiowanie hasła, jego wydruk i edycję, przy czym edytować można tylko hasła własne. Szkoda, że nie ma możliwości edycji istniejących haseł, chociażby w trybie dodawania notatek, tak jak funkcjonuje to w słowniku PWN-u. Notatki ogólne można dodawać za pomocą opcji Informacje i notatki (skrót F1). Tam też znajdziemy informacje o zastosowanych skrótachpiśmiennictwie. Drukowane hasła zajmują dużo miejsca na stronie, także raczej ściągawki na egzamin z nich nie zrobimy ;-). W ustawieniach słownika nie znajdziemy zbyt wiele opcji umożliwiających dostosowanie pracy z programem. Jest możliwość dodania do programu dodatkowego słownika, co daje nadzieję, że wydawnictwo PZWL wyda słowniki także w innych językach. Mnie osobiście brakuje możliwości skonfigurowania słownika tak, aby po uruchomieniu dostępna była ta kombinacja językowa, z której ostatnio korzystałam. Gdy przez 3 tygodnie pracowałam na jednym angielsko-polskim projekcie i codziennie uruchamiałam słownik, irytowało mnie, że zawsze po pierwszym wprowadzeniu hasła, okazywało się, że muszę jeszcze przestawić język. Oczywiście zajmuje to mniej niż sekundę, ale wygoda użytkownika jest najważniejsza, prawda?

Przejdźmy teraz do kwestii wyszukiwania haseł. Jest to zdecydowanie mocna strona tego słownika. Domyślnie słownik jest tak skonfigurowany, aby przeszukiwać nie tylko hasła, lecz także podhasładefinicje, co znacząco zwiększa nasze szanse na doszukanie się terminu lub czegoś, co pomoże nam domyśleć się, o co chodzi w tekście wyjściowym. Po wpisaniu poszukiwanego słowa program wyświetla wszystkie hasła, w których występuje dane słowo lub jego część. Niestety położenie tego słowa w haśle nie jest w żaden sposób oznaczone, co powoduje, że niekiedy musimy przestudiować całą listę wyrazów w poszukiwaniu tego, co też tam program odnalazł. Brakuje mi tu opcji wyszukiwania w bieżącym haśle znanego ze słowników PWN-u lub, co byłoby nawet wygodniejsze, podkreślenia wystąpień wyszukiwanego hasła. Nie zaszkodziłoby również rozwinięcie skróconych terminów. Rozumiem, że jest to rozwiązanie żywcem przeniesione ze słownika papierowego, ale w przypadku słowników elektronicznych nie ma ono zastosowania. Cieszy mnie natomiast to, że hasła ułożone są w kolumnie, jedno pod drugim, a nie w trybie tekstu ciągłego, tak jak w słownikach PWN-u. Nie wiem, jak wygląda wydanie papierowe słownika, ale w przypadku słownika komputerowego takie rozwiązanie wydaje mi się dużo bardziej przejrzyste.

Jeśli chodzi o treść, to do tej pory nie zauważyłam żadnych błędów czy literówek. Sprawdzane przeze mnie terminy występowały także w tekstach paralelnych dostępnych w internecie. Oczywiście lepiej zawsze się upewnić, czy dane terminy są ekwiwalentne w kontekście naszego tłumaczenia, ale jest to zasada, którą warto stosować w przypadku wszystkich słowników. Z pewnością warto by rozszerzyć słownik o terminy związane z nowymi technologiami, np. obrazowaniem, oraz zwiększyć liczbę terminów dotyczących substancji (lub wydać słownik farmaceutyczny).

Słownik jest dostępny w cenie 179 zł, przy czym można uzyskać zniżkę po zarejestrowaniu się na stronie wydawnictwa. Jest to wyższa kwota niż w przypadku słownika papierowego (cena w promocji 137,03 zł), co nieco dziwi, biorąc pod uwagę koszt druku. Należy chyba przyjąć, że płacimy dodatkowo za wygodę. Niemniej jednak jest to program, który warto nabyć, jeśli tłumaczymy teksty medyczne, prowadzimy kursy językowe z lub uczymy się języka angielskiego z tej dziedziny. Moja ocena to mocne 4+.

A czy Wy korzystacie z tego słownika lub innego słownika specjalistycznego, który jest godny polecenia? A może macie jakieś uwagi dotyczące użytkowania słowników elektronicznych? Co jest dla Was najważniejsze i co decyduje o zakupie?

Urlop zimowy / Winter holidays

Ramingstein-146

 

Między 12 a 19 stycznia 2013 r. jestem poza biurem. W sprawach pilnych proszę kontaktować się ze mną mailowo (gabrielajaniszewska@translite.pl) lub telefonicznie (693067645). Postaram się odpowiedzieć jak najszybciej.

From 12 to 19 January 2013 I am out of office. In urgent matters, please send an e-mail to gabrielajaniszewska@translite.pl or call me (+48693067645). I will contact you as soon as possible.

 

 

Austriackie przysmaki – Germknödel

 

Germknödel - Fotografia: Norbert Tutschek

Germknödel – Fotografia: Norbert Tutschek

Jednym z moich postanowień noworocznych jest dodawanie na bloga wpisów dotyczących języka niemieckiego, czego dotychczas nie robiłam, mimo że bardzo lubię tłumaczyć z tego języka. Ponieważ jutro wybieram się z mężem na urlop narciarski właśnie do Austrii, postanowiłam umieścić tutaj tłumaczenie przepisu na pyszną, typowo austriacką potrawę, której skosztowaliśmy na stoku w zeszłym roku (i na pewno w tym roku to powtórzymy).

Germknödel (knedle drożdżowe)

 Oryginalny tekst przepisu w języku niemieckim znajdziecie na portalu ichkoche.at.

Przygotowanie:

Składniki:

  • 120 ml mleka
  • 12 g drożdży
  • 250 g mąki (drobno mielonej)
  • 3 łyżki stołowe rozpuszczonego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • szczypta soli
  • 1 łyżka stołowa cukru
  • 120 g powideł
  • 100 g cukru pudru
  • 100 g zmielonego maku
  • 200 g masła (rozpuszczonego, do polania
    knedli)
  • mąka (do posypania stolnicy)

 Aby przygotować knedle drożdżowe, należy rozpuścić drożdże w letnim mleku, dodać do niego 4 łyżki stołowe mąki, cukier i szczyptę soli. Następnie zamieszać, posypać odrobiną mąki i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, aż płyn podwoi swoją objętość (najlepiej włożyć naczynie z zaczynem do piekarnika ustawionego na 40°C i pozostawić otwarte drzwiczki).

Do zaczynu dodać rozpuszczone masło, pozostałą część mąki, jajko i żółtko, a następnie całość wyrobić na gładką masę. Pod przykryciem odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.

Ciasto ponownie ugnieść na oprószonej mąką stolnicy, pozostawić na 5 minut, a następnie rozwałkować na placek o grubości 5 mm. Kółkiem do krojenia ciasta wykroić kwadraty o rozmiarach 5 na 5 cm. Brzegi ciasta zwilżyć wodą. Pośrodku każdego kwadratu nałożyć trochę powideł, brzegi ciasta zlepić ze sobą i uformować knedle.

Ciasto odłożyć na oprószoną mąką deskę i pod przykryciem pozostawić do wyrośnięcia na kolejne 30 minut.

W dużym garnku (knedle drożdżowe muszą mieć miejsce, aby urosnąć) zagotować osoloną wodę i włożyć do niej knedle (w razie potrzeby w dwóch turach). Doprowadzić wodę do wrzenia, a następnie gotować w niższej temperaturze przez 15 minut pod uchyloną pokrywką.

Po około 10 minutach należy obrócić knedle i gotować dalsze 4-5 minut pod przykryciem. Następnie wyjąć knedle i natychmiast kilkakrotnie nakłuć je igłą o dużej średnicy lub wykałaczką, aby nie opadły.

Przygotowanie posypki z maku. Mak należy wymieszać z cukrem pudrem i posypać nim knedle. Knedle należy odpowiednio polać rozpuszczonym masłem i podawać natychmiast.

Wskazówka:

Należy zwrócić uwagę na to, aby wszystkie wykorzystywane składniki miały temperaturę pokojową, ponieważ w przeciwnym razie ciasto drożdżowe nie wyrośnie.

Propozycja polewy: ciepły sos waniliowy

Zaznaczam, że osobiście nie wypróbowałam jeszcze tego przepisu, ale z pewnością to zrobię – może na przykład w moje urodziny?

 

Łacińskie skróty w języku angielskim i ich tłumaczenie

Witam po świątecznej przerwie. Pierwszy wpis w nowym roku chciałabym poświęcić zagadnieniu łacińskich skrótów w języku angielskim. Chociaż w źródłach, które przejrzałam, przygotowując ten wpis, dominuje opinia, że najlepszym sposobem na poprawne stosowanie łacińskich skrótów w języku angielskim jest ich unikanie, w tekstach, które tłumaczę, pojawiają się one bardzo często. Jeśli jednak będziecie tworzyć własny tekst w języku angielskim, przyjmijcie, że nadmierne usianie go łacińskimi skrótami (nie licząc bibliografii) będzie uznawane za objaw buractwa, zwłaszcza jeśli tekst nie będzie np. akademicki czy techniczny. Używając łacińskich skrótów w języku angielskim, należy zwrócić uwagę na cztery kwestie: znaczenie skrótu, jego zapis, wymowę (gdyby przyszło nam odczytywać nasze dzieło na głos) i zastosowanie innych znaków interpunkcyjnych. W poniższej tabeli z najpopularniejszymi łacińskimi skrótami stosowanymi w języku angielskim dodałam rówież kilka uwag dotyczących ich tłumaczenia na język polski.

Łacińskie skróty w języku angielskim

Skrót
Znaczenie
Zapis
Wymowa
Interpunkcja
Tłumaczenie
e.g.Łac. exempli gratia, po angielsku for example lub for instance. Nie mylić z i.e. Listy rozpoczynające się od e.g. nie powinny kończyć się skrótem etc., ponieważ samo e.g. sugeruje, że lista nie jest wyczerpująca.Dwie kropki, bez spacji między literami, małe litery.Bez rozwijania czytamy [iii dżii], jeżeli chcemy rozwinąć możemy wymawiać [egzempli greszia/egzempli gratja], a najwygodniej moim zdaniem powiedzieć for instance, for example lub for the sake of example.Po e.g. zawsze występuje przecinek.Skrót np. i jego rozwinięcie. W języku polskim nie stawiamy po skrócie np. przecinka.
etc.Łac.et cetera, po angielsku and so on lub and so forth.Uwaga na kolejność literek – w angielskich tekstach często pojawia się błędny zapis.[Et setra], częstym błędem jest wymowa [ex setra].Jeżeli etc. umieszczamy na końcu listy składającej się z co najmniej dwóch elementów, należy przed skrótem postawić przecinek.itd./itp. Ale uwaga: w języku polskim przecinka w wyliczeniach przed tymi skrótami NIE STAWIAMY! Jest to kalka z angielskiego!
i.e.Łac. id est, po angielsku that is/in other wordsNależy pamiętać o prawidłowym postawieniu kropek i braku spacji.[Id est], ewentualnie odczytujemy po angielsku that is.Zawsze stawiamy po i.e. przecinek!Skrót tj.
cf.Łac. confer, które po angielsku oznacza compare (porównaj). Uwaga cf. można stosować tylko do przytaczania opinii autorów, które są niezgodne z przedstawionym wcześniej twierdzeniem. Jeżeli przytaczamy opinie, które są podobne, używamy see lub see also.Kropka po całym skrócie.Słownik Oxford Advanced Learners podaje wymowę [sii ef], natomiast można też ten skrót odczytywać po angielsku jako compare with lub po łacinie jako confer.Bez przecinka po skrócie.Skrót por. lub całe słowo porównaj.
Jak stosować, zapisywać, wymawiać i tłumaczyć łacińskie skróty używane w języku angielskim.

Informacje o innych łacińskich skrótach możecie znaleźć na stronach, z z których m.in. korzystałam, przygotowując ten wpis:

 

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten!

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Merry Christmas and a happy New Year!

Frohe Weihnachten und ein gutes neues Jahr!

 

Genealogia dla początkujących (nie tylko tłumaczy)

Dzisiejszy wpis będzie miał tylko luźny związek z branżą tłumaczeniową, ale z okazji zbliżających się świąt można pozwolić sobie na odpłynięcie myślami w nieco inną stronę, w tym przypadku w przeszłość. Jedną z moich pasji są badania genealogiczne mojej rodziny. Zainspirował mnie do nich mój mąż, który dwa lata temu właśnie przy okazji Bożego Narodzenia zaczął przepytywać rodzinę o przodków i rysować drzewo genealogiczne. Ja zrobiłam to samo i okazało się, że jest to bardzo przyjemny temat do konwersacji w trakcie wigilii – sentymentalny dla starszych członków rodziny, a pouczający dla młodszych. Polecam też to zajęcie narzeczonym – rozrysowane drzewo bardzo przydaje się przy planowaniu listy gości :). Niemniej jednak na podstawie samych doniesień rodzinnych nie dowiemy się, czy nasz przodek sączył miód na weselu Bolesława Chrobrego, a przynajmniej nie będą to udokumentowane informacje :). Jak się zatem zabrać do dalszych poszukiwań? Trzeba przede wszystkim:

Akt urodzenia Łucja Marianna Łopińska1. Pobrać program do tworzenia drzewa genealogicznego.

W przeciwnym wypadku będzie nam potrzebna bardzo duża kartka papieru. Ja korzystam z programu Family Tree Builder, który jest bardzo prosty w obsłudze, tworzy przejrzyste drzewa, wydruki, zestawienia i statystyki (np. najpopularniejsze imię, średnia wieku, średnia liczba dzieci itp.), przeszukuje bazy danych MyHeritage w poszukiwaniu podobnych drzew (ta opcja naprawdę się sprawdza – nawiązałam w ten sposób kilka kontaktów i zdobyłam dane o przodkach) i tworzy stronę internetową rodziny, na którą mogą wchodzić wszyscy jej członkowie, aby podziwiać Wasze dzieło :). Program ten ma jednak pewną wadę – jeżeli mamy powyżej 250 osób w drzewie, trzeba zapłacić, aby informacje o kolejnych osobach mogły być publikowane na stronie rodziny.

2. Porozmawiać z rodziną.

Jak już wspomniałam na wstępie, właśnie nadarza się ku temu doskonała okazja. Warto wspomnieć członkom rodziny o swoich planach na kilka dni przed świątecznym spotkaniem, aby mogli poszukać zdjęć i dokumentów (aktów ślubu, śmierci i urodzeń). Najpewniejszym źródłem danych są oczywiście dokumenty, ale wiadomo, że im dalej wstecz tym mniej ich mamy. Być może ktoś z dalszej rodziny ma jakieś inne wartościowe dokumenty? Dobrym pomysłem jest przepytanie o nie dalszej rodziny przy okazji telefonicznego składania życzeń. Przy okazji warto przepytać o daty ślubów, urodzeń, imienin żyjących osób – drzewo genealogiczne jest też doskonałym przypominaczem o jubileuszach naszych bliskich.

3. Poszukać w internecie.

Gdy już zbierzemy wszystkie łatwo dostępne dane i wprowadzimy je do drzewa, trzeba przyjrzeć się, skąd pochodzili nasi przodkowie i z jakich lat mamy ostatnie pewne dane na ich temat. W przypadku osób przynależących do Kościoła katolickiego najważniejszą informacją jest parafia. Jeżeli rodzina nie wie, do jakiej parafii przynależeli bliscy, trzeba poszukać tej informacji w internecie, na podstawie znanego miejsca zamieszkania (warto pamiętać przy tym, że śluby najczęściej zawierano w parafii narzeczonej). Najczęściej na stronach archidiecezji znajdziemy informacje o poszczególnych parafiach, datach ich erygowania i przynależących do nich dzielnicach, miejscowościach lub wsiach. Gdy mamy już tę informację, wchodzimy na stronę, bez której genealog się nie obejdzie – stronę z bazą danych Pradziad zawierającą informacje o księgach metrykalnych znajdujących się w zasobach archiwów państwowych. Tam wpisujemy nazwę poszukiwanej miejscowości, np. Mszczonów, i klikamy „Szukaj”. Pojawi się tabela z latami i wyznaniami, z których dostępne są księgi z danej miejscowości.

Jak widać, najnowsze wpisy z Mszczonowa pochodzą z 1925 roku. Co zrobić, jeśli nasza wiedza o przodkach urywa się znacznie później, np. w 1945? Kościoły i urzędy stanu cywilnego przekazują księgi metrykalne do archiwów po około 100 latach. Dlatego w takim przypadku musimy sprawdzić w internecie, który urząd stanu cywilnego będzie właściwy dla poszukiwanego przez nas dokumentu. Jeśli nasz przodek urodził się/zawarł związek małżeński/zmarł w Warszawie, to mamy pewne ułatwienie – nie musimy udawać się do USC we właściwej dzielnicy, możemy złożyć wniosek w dowolnie wybranym warszawskim urzędzie, a po około 2-3 tygodniach dostaniemy odpis. Do celów genealogicznych najlepiej pozyskiwać odpis zupełny, bo będzie w nim najwięcej danych niezbędnych do poszukiwania dalej. Jeżeli jednak do USC Waszego przodka macie dość daleko, nie przejmujcie się. Genealogia stała się ostatnio na tyle popularna, że większość urzędników przyjaźnie spogląda na maile z podaniami o wyszukanie odpowiednich danych. Najczęściej urzędnicy są na tyle pomocni, że wysyłają zdjęcie oryginalnego aktu i nie trzeba płacić za odpis – a zresztą posiadanie zdjęcia oryginału daje o wiele więcej satysfakcji :).

Jeżeli jednak poszukujecie danych z lat wcześniejszych i widzicie, że są one dostępne w bazie Pradziad, trzeba kliknąć „Więcej”, aby zobaczyć, gdzie przechowywane są dane księgi. Gdy już wiemy, które archiwum je przechowuje, możemy albo udać się tam osobiście (o czym w kolejnym punkcie), albo napisać i wysłać podanie (pocztą elektroniczną lub tradycyjną). W takim przypadku musimy podać nazwę i numer zespołu, które są podane w bazie Pradziad, interesujący nas rok, typ aktu i jak najwięcej znanych nam danych o poszukiwanej osobie. W zależności od archiwum na wyszukanie danych trzeba czekać od 2 tygodni do kilku miesięcy. Jeżeli nie posiadamy dokładnych danych, możemy zlecić archiwum poszukiwania, które są płatne za godzinę. Oczywiście wykonanie skanu lub kopii interesującego nas aktu jest również płatne, ale są to stosunkowo niewielkie kwoty rzędu 4-6 zł.

Nie jest to jednak koniec możliwości, jakie w zakresie genealogii kryje w sobie internet. Jak już wspomniałam, genealogia staje się coraz bardziej popularna, a co za tym idzie, podejmowane są różne inicjatywy zmierzające ku zachowaniu ksiąg dla potomnych w formie cyfrowej i ułatwieniu w ten sposób poszukiwania przodków. Archiwa we współpracy z towarzystwami genealogicznymi, wolontariuszami i stronami internetowymi digitalizują księgi metrykalne i umieszczają je w internecie, często przy okazji je indeksując, tj. spisując dane z ksiąg. Bezcenną stroną zawierającą dane z całej Polski jest Geneteka. Na tej stronie możemy wybrać interesujące nas województwo, a następnie Genetekaodpowiednią parafię i typ wpisów (zgodny, małżeństwa i urodzenia) i wyszukiwać po nazwiskach naszych przodków. Oprócz nazwisk, dat, numerów aktu (przydatnych w przypadku zamawiania skanów z archiwów) znajdziemy tam często informacje o rodzicach (często w tym celu trzeba najechać na ikonkę „i” w kolumnie uwagi – patrz zrzut ekranu), co pomoże nam w dalszych poszukiwaniach. Ponadto w przypadku niektórych parafii mamy też do dyspozycji przycisk „Skan”, który przekieruje nas na inną stronę portalu genealodzy.pl – Metryki. Na tej stronie można znaleźć zeskanowane całe zespoły ksiąg metrykalnych i jest to chyba najwygodniejsza z możliwych form poszukiwania przodków :).

Istnieją też inne witryny, których członkowie zajmują się indeksacją danych. Bardzo bogatą i znaną mi ze względu na pochodzenie moich przodków stroną jest Portal genealogów Lubelszczyzny. Niektóre skany są dostępne również na stronie Szukaj w archiwach. Także jak widać informacje są nieco rozproszone, ale sporą część pracy genealogicznej można wykonać, nie ruszając się z fotela. Jednak w końcu przychodzi taka pora, że trzeba…

4. Wybrać się do archiwum.

Serdecznie polecam taką wycieczkę, ponieważ obejrzenie chociaż raz starej księgi metrykalnej robi niezapomniane wrażenie. Księgi metrykalne z poszczególnych lat składają się z trzech części – aktów urodzeń, aktów ślubu i aktów zgonu (niekiedy uroczo nazywanymi aktami zejścia). Po każdej części lub na końcu całej księgi znajduje się spis osób, za pomocą którego najłatwiej sprawdzić, czy w księdze mowa jest o naszym przodku. Czasami księgi są dostępne w postaci mikrofilmów i można się nauczyć, jak się obsługuje czytnik mikrofilmów, co zawsze jest jakąś nową umiejętnością, prawda? :) Na miejscu w archiwum najczęściej trzeba wypełnić zgłoszenie użytkownika, w którym podajemy nasze dane i cel poszukiwań, i odpowiednie rewersy. Niestety zazwyczaj nie można samodzielnie robić zdjęć zasobom – skany lub odbitki trzeba osobno zamówić (chyba że oglądamy mikrofilm – wtedy najczęściej nie ma problemu ze zrobieniem zdjęć, ale jakość obrazu jest trochę gorsza).

Jeżeli do danego archiwum mamy daleko, istnieje jeszcze jedna możliwość – atrakcyjna szczególnie dla mieszkańców Warszawy i Wrocławia. W tych dwóch miastach działają Centra Historii Rodziny prowadzone przez mormonów. Członkowie tego kościoła od wielu lat digitalizują księgi metrykalne z całego świata i można je zamawiać do Polski z Salt Lake City (katalog znajdziecie na tej stronie), aby przejrzeć je w Centrach Historii Rodziny. Jest to usługa odpłatna, ale niestety nie pamiętam, ile dokładnie płaciłam za zamówienie mikrofilmu z księgami. Nie trzeba się obawiać odwiedzin w Centrum, byłam tam dwukrotnie i mormoni w żaden sposób nie próbują w nich nikogo siłą nawracać. Obsługa jest zawsze bardzo miła i uczynna. Zresztą w archiwach państwowych też. W archiwach państwowych można też dokonywać zamówień ksiąg między archiwami, ale nie wiem niestety, jak wygląda taka procedura w praktyce.

Jeżeli Wasi przodkowie zaginęli w czasie drugiej wojny światowej lub zostali wywiezieni do hitlerowskiego obozu, możecie zgłosić się do PCK lub do Międzynarodowego Biura Poszukiwań ITS w Arolsen. Poszukiwania trochę zajmują, ale możecie być pewni, że jeżeli istnieją jakiekolwiek dane o losach Waszych przodków z lat wojennych, to na pewno je dostaniecie. Zarówno ja, jak i mój mąż poznaliśmy w ten sposób nieznane losy (niestety smutne) naszych przodków.

Czasem niektóre księgi są dostępne wyłącznie w archiwach archidiecezjalnych. Wtedy nie wyświetlają się też w bazie Pradziad. Niestety archiwa kościelne jakoś nie są tak chętne do współpracy. Do wielu trzeba udać się osobiście, bo nie wykonują kwerend, a część w ogóle nie udostępnia swoich zasobów, co uważam za wyjątkowo oburzające.

Gdy wreszcie zdobyliśmy interesujący nas akt, musimy…

5. Go przetłumaczyć.

Ze względu na burzliwą historię naszego kraju prawdopodobnie okaże się, że metryki Waszych przodków nie będą spisane w języku polskim. Przykładowo znacząca większość metryk z zaboru rosyjskiego z lat 1866-1918 jest w języku rosyjskim. Ja niestety rosyjskiego nie znam, więc przy okazji znalezienia pierwszego aktu w języku rosyjskim męczyłam o tłumaczenie koleżankę z roku, ale okazało się, że w internecie funkcjonuje prężna społeczność wolontariuszy zajmujących się tłumaczeniami dokumentów genealogicznych! Tu właśnie dochodzimy do wątku tłumaczeniowego tego wpisu :) (lepiej późno niż wcale). Na forach: genealodzy.plforgen.pl znajdziecie nie tylko masę przydatnych informacji o poszukiwaniach, lecz także działy, w których możecie poprosić o pomoc w tłumaczeniu aktu z języka rosyjskiego, niemieckiego, łaciny i innych języków. Wielokrotnie korzystałam z tych forów przy okazji tłumaczeń dokumentów dotyczących mojej rodziny i nigdy się nie zawiodłam. Często otrzymywałam tłumaczenie już po kilku godzinach od zadania pytania :). Sama niestety nigdy nikomu nic w ten sposób nie przetłumaczyłam, bo nie miałam styczności z dokumentami z zaboru pruskiego i nie wiem, jak wyglądają, ale uważam, że jest to bardzo ciekawy sposób na zdobycie wartościowego doświadczenia do CV dla początkujących tłumaczy. Ostatecznie zostawia się w ten sposób wyraźny ślad w internecie, który potencjalny, komercyjny zleceniodawca może łatwo zweryfikować, a przy okazji pomaga się ludziom, którzy chcą poznać historię swoich przodków.

Mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się Was zachęcić do poszukiwań. Jest to naprawdę fascynująca przygoda, przypominająca trochę pracę detektywa (w czym przypomina pracę tłumacza). Ponadto uważam, że to znakomity sposób na zbliżenie członków rodziny i uniknięcie przy okazji świąt stresujących rozmów o polityce/Waszych nieskończonych studiach/braku narzeczonych/mężów/dzieci/braku pracy/kiepskiej pracy/kryzysie gospodarczym/końcu świata itp :). Zainteresowanym polecam świetną książkę Małgorzaty Nowaczyk „Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego” opisującą w przystępny sposób tajniki poszukiwań genealogicznych.

 

W co się ubrać na wigilię?

Córciu, ubierz choinkę

Wigilijne stylizacje

Mimo gorączki przedświątecznych przygotowań w którymś momencie każdy z nas (a zwłaszcza każda z nas) staje przed tytułowym dylematem. Ja nie jestem specjalistką w dziedzinie mody i nie lubię długich spacerów po sklepach z ubraniami, dlatego chętnie przeglądam blogi poświęcone modzie, gdzie często znajduję pomysły, jak ciekawie zestawiać ze sobą ubrania, i dowiaduję się, w którym sklepie prawdopodobnie znajdę to, czego szukam. Ponadto na niektórych blogach można trafić na naprawdę piękne zdjęcia, co również mnie inspiruje jako fotografa-amatora. Jest jednak coś, co psuje mi lekturę blogów modowych. Mam na myśli stosowanie czasownika ubierać. Prawie na każdym śledzonym przeze mnie blogu można natrafić na tego typu zdanie:

Ubrałam płaszcz marki X, buty z Y oraz koszulę Z.

Zgodnie z regułami języka polskiego ubieramy coś lub kogoś, np. ubieramy dziecko (bo samo się jeszcze ubrać nie potrafi), ubieramy lalkę albo ubieramy choinkę (już niedługo). Możemy też ubrać się w coś, np. na imieniny cioci ubrałem się w garnitur. Modowi blogerzy mają też do dyspozycji kilka innych czasowników „odzieżowych” takich jak włożyć, założyćnosić. Warto z nich korzystać, aby urozmaicić tekst na blogu, ale również trzeba zwrócić uwagę na pewne zasady. Z moich poszukiwań słownikowo-internetowych wynika, że:

  • włożyć można coś na wierzch, tzn. nosić coś na inne ubranie (nie: założyć). Można wkładać płaszcz, sukienkę, garnitur, buty, naszyjnik, czapkę itp.;
  • czasownik założyć stosujemy wtedy, gdy umieszczamy jakiś przedmiot na sobie. W Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny pod redakcją Andrzeja Markowskiego podano następujące przykłady: założyć krawat, okulary, kolczyki, perły, plecak. Popularny i stosowany do dzisiaj także przeze mnie zwrotzałożyć buty jest więc nieprawidłowy, ale według Macieja Malinowskiego, niektórzy językoznawcy dopuszczają jego stosowanie;
  • można też nosić coś np. pierścionek lub kapelusz;
  • chodzić w czymś (w futrze, butach, czapce);
  • być ubranym w coś;
  • mieć coś na sobie.

Jak widać, możliwości jest całkiem sporo. Mam nadzieję, że poprawna polszczyzna na blogu to będzie absolutny must-have w sezonie wiosna/lato 2013!

Jaka jest poprawna forma?

Co to za powiedzenie?Mała zagadka: jaki popularny związek wyrazowy kryje się za obrazkiem ilustrującym ten wpis? Już wiecie? A jakiej formy użyliście?

a) Iść po najmniejszej linii oporu

czy

b) Iść po linii najmniejszego oporu?

Prawidłowa odpowiedź to b) iść po linii najmniejszego oporu, co jest w sumie logiczne, ponieważ linia nie może być ani najmniejsza, ani największa.

Innym popularnym, a często przekręcanym związkiem wyrazowym jest mądrej głowie dość dwie słowie, a nie mądrej głowie dość po słowiePo słowie to można być z kimś, czego przy okazji gratuluję pewnej bliskiej mi parze! A jak już chcemy łapać kogoś za słowa (nie: za słowo), warto zapamiętać, że odnośnie zawsze występuje razem z do, a więc odnośnie do czegoś/kogoś, a nie odnośnie czegoś/kogoś. Przyznaję, że trudno jest w tym przypadku przestawić się na poprawną wersję, a do tego błędna forma jest na tyle popularna, że używając innej, można narazić się na śmieszność, w całym tego słowa znaczeniu (ale nie: w pełnym!) Ale nie zasypiajmy gruszek w popiele i wykorzystujmy każdą okazję, aby dbać o poprawność naszej polszczyzny!

Próbki tłumaczeniowe – tylko ostrożnie!

Time Effort Money

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył ciemnej strony branży tłumaczeniowej, a mianowicie nieuczciwych biur tłumaczeń/tłumaczy/klientów wysyłających „fałszywe” próbki tłumaczeń. Co mam na myśli, pisząc „fałszywe”? Chodzi mi o próbki, które w zamyśle osoby je kompilującej nie mają wcale sprawdzać wiedzy i umiejętności tłumacza, a jedynie służyć pozyskaniu tekstu w języku docelowym – oczywiście za darmo. Takie zjawisko z całą pewnością występuje na rynku tłumaczeń literackich (sprawa wydawnictwa Amber opisana na przykład tutaj), ale podejrzewam, że również na rynku tłumaczeń innych niż literackie, czyli takich, którymi zajmuję się na co dzień. Przy okazji aplikowania do różnych biur tłumaczeń kilka razy miałam już wrażenie, że moja starannie wykonana próbka została wykorzystana do stworzenia i sprzedania pełnego „tłumaczeniowego dzieła”. Szczerze mówiąc, ciężko mi sobie wyobrazić sens świadczenia usług tłumaczeniowych w oparciu o darmowe próbki, bo o ile terminologię w tekstach można ujednolić, to taki nieuczciwy zleceniodawca nie może mieć pewności, że wszyscy zainteresowani potencjalną współpracą tłumacze rzeczywiście tłumaczyć potrafią i że ten kolektywny twór będzie dawał się czytać.

Na szczęście większość biur tłumaczeń nie stosuje takich praktyk, niemniej jednak myślę, że warto zwrócić uwagę na pewne kwestie, które mogą świadczyć o tym, że nasz potencjalny pracodawca nie postępuje całkiem fair. W takich przypadkach uważam, że warto odpuścić sobie tłumaczenie próbki, a zaoszczędzony czas przeznaczyć na inne działania, jak choćby upiększanie profilu na portalu Globtra lub Proz.com :).

Z moich obserwacji, a także z lektury forów branżowych wynika, że należy wystrzegać się próbek, które są:

1. Przysyłane do nas z niezbyt profesjonalnego adresu e-mail, typu misio_pysio@browar.pl. Swoją drogą zachęcam do przyjrzenia się własnemu adresowi e-mail pod tym kątem :).

2. Sygnowane przez firmy-krzaki, zupełnie nieznane w branży tłumaczeń. Zresztą przed przystąpieniem do współpracy z jakimkolwiek biurem warto zajrzeć na Wywiadownię Branżowego Forum Tłumaczy.

3. Podejrzanie długie. Trzeba się dobrze zastanowić, zanim zabierzemy się za tłumaczenie nieliterackiej próbki dłuższej niż 1-2 strony rozliczeniowe. Oczywiście mam na myśli teksty dotyczące jednego tematu. Jeżeli zadeklarowaliśmy, że specjalizujemy się w większej liczbie dziedzin, to oczywiście łączna objętość próbki może być większa.

4. Jedną całością. Nawet jeżeli tekst jest krótki, ale stanowi kompletną całość – na przykład jest to ulotka jakiegoś kosmetyku – powinno nas to zastanowić. Trzy lata temu zdarzył mi się tego typu przypadek – przetłumaczyłam na próbę ulotkę kosmetyku. Kiedy próbowałam dowiedzieć się, jak mi poszło, okazało się, że takiej firmy nie ma i nie było, ale za to na forach mogłam poczytać opinie innych poszkodowanych. Najczęściej próbki są fragmentami jakiejś większej całości – częścią dialogu z gry, fragmentem dokumentu, jednym akapitem z instrukcji itp. Z mojego doświadczenia z pracy weryfikatora wynika, że nawet kilka zdań wystarczy, aby stwierdzić, czy ktoś dobrze tłumaczy.

Z drugiej strony, możemy być spokojni, że tekst jest rzeczywiście próbką tłumaczeniową danej firmy, jeśli tłumacze poszukują w internecie, np. na KudoZ, całych fraz z danego dokumentu :). Bądź co bądź, jak często można zmieniać próbki tłumaczeniowe (choć co jakiś czas z pewnością trzeba).

Oczywiście nie można zakładać, że dana firma nas niecnie wykorzystała, bo się do nas nie odezwała po otrzymaniu próbki. Po pierwsze, mogło się okazać, że po prostu nie spełniamy oczekiwań klienta, chociaż w tym przypadku w dobrym tonie byłoby odpisanie czekającemu tłumaczowi. Bądźmy jednak choć trochę wyrozumiali dla biur tłumaczeń – codziennie ich pracownicy kontaktują się z setkami tłumaczy i mogli o nas (wstyd i hańba!) zapomnieć. Często próbka długi czas oczekuje na sprawdzenie, bo moce przerobowe działu weryfikacji są ograniczone. W obu tych przypadkach zachęcam do telefonicznego lub mailowego przypomnienia się, choć wiem, że niektórzy mają do tego wrodzoną awersję. Szkoda by było stracić świetną okazję do nawiązania współpracy tylko dlatego, że nasza próbka wpadła za szafkę, prawda?

Mam nadzieję, że te kilka porad pozwoli Wam zaoszczędzić nieco czasu przy okazji poszukiwania nowych klientów. A może i Wy macie jakieś wskazówki dotyczące tego, jak unikać nieuczciwych zleceniodawców? Zachęcam do komentowania (przycisk Submit w komentarzach jest już widoczny).