Gabriela Janiszewska Translite

Tag Archives: tłumaczenia

Recenzja polsko-angielskiego i angielsko-polskiego Podręcznego słownika medycznego

Słownik medyczny Wydawnictwa Lekarskiego PZWLCzas wrócić do blogowania po dłuższej przerwie urlopowej. Dzisiaj chciałabym zrecenzować elektroniczny polsko-angielski i angielsko-polski Podręczny słownik medyczny Wydawnictwa Lekarskiego PZWL. Słownik ten jest oparty na wydaniu książkowym autorstwa Przemysława i Piotra Słomskich i według informacji podanych na stronie wydawnictwa zawiera około 100 000 haseł.

Zacznę od strony technicznej. Jak wspomniałam, słownik jest elektroniczny i po jego zakupie można go od razu pobrać ze strony producenta, a kod licencyjny otrzymujemy e-mailowo. Jestem zdecydowaną zwolenniczką takiego rozwiązania, ponieważ umożliwia to uzyskanie szybkiego dostępu do przydatnego słownika, gdy mamy do wykonania ekspresowe tłumaczenie. Ponadto na półce nie kurzy się pudełko ani płyta CD (dodatkowy plus za ekologię).

Sama aplikacja prezentuje się zaskakująco atrakcyjnie w porównaniu na przykład ze słownikami firmy LexLand czy wydawnictwa PWN. Szczerze mówiąc, to obawiałam się nawet tej atrakcyjności, gdyż niekiedy większa ilość graficznych „fajerwerków” wiąże się ze zmniejszoną efektywnością użytkowania i zawieszaniem się programów. Jak do tej pory ani razu nie wystąpiły u mnie żadne błędy, ale przyznaję, że mam bardzo mocny komputer.

Z atrakcyjnym wyglądem programu wiąże się jednak pewna wada, a mianowicie brak możliwości dowolnej regulacji wielkości okna i przypinania go do krawędzi ekranu, z czego stale korzystam. Okno może być rozciągnięte na pełny ekran, ale w najmniejszej postaci zajmuje 1/4 jego powierzchni.

Jak widać na zrzucie ekranu, w lewym górnym rogu okna znajduje się wyszukiwarka terminów z możliwością uruchomienia klawiatury ekranowej, na której dostępne są m.in. łacińskie symbole, rozszerzenia IPA i polskie znaki diakrytyczne. Poniżej wyszukiwarki znajdziemy opcje wyszukiwania, gdzie możemy skonfigurować wyszukiwanie tylko pełnych wyrazów, uwzględnianie wielkości znaków oraz to, jakie elementy słownika mają być przeszukiwane. Poniżej listy terminów znajdują się opcje dodaj i usuń hasło przeznaczone dla tych, którzy chcą samodzielnie rozbudować słownik. Dla mnie jest to opcja raczej nieprzydatnIle miejsca zajmuje słownik PZWL na ekranie?a, bo przede wszystkim rozbudowuję mój glosariusz medyczny w programie Trados Studio. W prawym dolnym rogu znajdują się przyciski umożliwiające kopiowanie hasła, jego wydruk i edycję, przy czym edytować można tylko hasła własne. Szkoda, że nie ma możliwości edycji istniejących haseł, chociażby w trybie dodawania notatek, tak jak funkcjonuje to w słowniku PWN-u. Notatki ogólne można dodawać za pomocą opcji Informacje i notatki (skrót F1). Tam też znajdziemy informacje o zastosowanych skrótachpiśmiennictwie. Drukowane hasła zajmują dużo miejsca na stronie, także raczej ściągawki na egzamin z nich nie zrobimy ;-). W ustawieniach słownika nie znajdziemy zbyt wiele opcji umożliwiających dostosowanie pracy z programem. Jest możliwość dodania do programu dodatkowego słownika, co daje nadzieję, że wydawnictwo PZWL wyda słowniki także w innych językach. Mnie osobiście brakuje możliwości skonfigurowania słownika tak, aby po uruchomieniu dostępna była ta kombinacja językowa, z której ostatnio korzystałam. Gdy przez 3 tygodnie pracowałam na jednym angielsko-polskim projekcie i codziennie uruchamiałam słownik, irytowało mnie, że zawsze po pierwszym wprowadzeniu hasła, okazywało się, że muszę jeszcze przestawić język. Oczywiście zajmuje to mniej niż sekundę, ale wygoda użytkownika jest najważniejsza, prawda?

Przejdźmy teraz do kwestii wyszukiwania haseł. Jest to zdecydowanie mocna strona tego słownika. Domyślnie słownik jest tak skonfigurowany, aby przeszukiwać nie tylko hasła, lecz także podhasładefinicje, co znacząco zwiększa nasze szanse na doszukanie się terminu lub czegoś, co pomoże nam domyśleć się, o co chodzi w tekście wyjściowym. Po wpisaniu poszukiwanego słowa program wyświetla wszystkie hasła, w których występuje dane słowo lub jego część. Niestety położenie tego słowa w haśle nie jest w żaden sposób oznaczone, co powoduje, że niekiedy musimy przestudiować całą listę wyrazów w poszukiwaniu tego, co też tam program odnalazł. Brakuje mi tu opcji wyszukiwania w bieżącym haśle znanego ze słowników PWN-u lub, co byłoby nawet wygodniejsze, podkreślenia wystąpień wyszukiwanego hasła. Nie zaszkodziłoby również rozwinięcie skróconych terminów. Rozumiem, że jest to rozwiązanie żywcem przeniesione ze słownika papierowego, ale w przypadku słowników elektronicznych nie ma ono zastosowania. Cieszy mnie natomiast to, że hasła ułożone są w kolumnie, jedno pod drugim, a nie w trybie tekstu ciągłego, tak jak w słownikach PWN-u. Nie wiem, jak wygląda wydanie papierowe słownika, ale w przypadku słownika komputerowego takie rozwiązanie wydaje mi się dużo bardziej przejrzyste.

Jeśli chodzi o treść, to do tej pory nie zauważyłam żadnych błędów czy literówek. Sprawdzane przeze mnie terminy występowały także w tekstach paralelnych dostępnych w internecie. Oczywiście lepiej zawsze się upewnić, czy dane terminy są ekwiwalentne w kontekście naszego tłumaczenia, ale jest to zasada, którą warto stosować w przypadku wszystkich słowników. Z pewnością warto by rozszerzyć słownik o terminy związane z nowymi technologiami, np. obrazowaniem, oraz zwiększyć liczbę terminów dotyczących substancji (lub wydać słownik farmaceutyczny).

Słownik jest dostępny w cenie 179 zł, przy czym można uzyskać zniżkę po zarejestrowaniu się na stronie wydawnictwa. Jest to wyższa kwota niż w przypadku słownika papierowego (cena w promocji 137,03 zł), co nieco dziwi, biorąc pod uwagę koszt druku. Należy chyba przyjąć, że płacimy dodatkowo za wygodę. Niemniej jednak jest to program, który warto nabyć, jeśli tłumaczymy teksty medyczne, prowadzimy kursy językowe z lub uczymy się języka angielskiego z tej dziedziny. Moja ocena to mocne 4+.

A czy Wy korzystacie z tego słownika lub innego słownika specjalistycznego, który jest godny polecenia? A może macie jakieś uwagi dotyczące użytkowania słowników elektronicznych? Co jest dla Was najważniejsze i co decyduje o zakupie?

Próbki tłumaczeniowe – tylko ostrożnie!

Time Effort Money

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył ciemnej strony branży tłumaczeniowej, a mianowicie nieuczciwych biur tłumaczeń/tłumaczy/klientów wysyłających „fałszywe” próbki tłumaczeń. Co mam na myśli, pisząc „fałszywe”? Chodzi mi o próbki, które w zamyśle osoby je kompilującej nie mają wcale sprawdzać wiedzy i umiejętności tłumacza, a jedynie służyć pozyskaniu tekstu w języku docelowym – oczywiście za darmo. Takie zjawisko z całą pewnością występuje na rynku tłumaczeń literackich (sprawa wydawnictwa Amber opisana na przykład tutaj), ale podejrzewam, że również na rynku tłumaczeń innych niż literackie, czyli takich, którymi zajmuję się na co dzień. Przy okazji aplikowania do różnych biur tłumaczeń kilka razy miałam już wrażenie, że moja starannie wykonana próbka została wykorzystana do stworzenia i sprzedania pełnego „tłumaczeniowego dzieła”. Szczerze mówiąc, ciężko mi sobie wyobrazić sens świadczenia usług tłumaczeniowych w oparciu o darmowe próbki, bo o ile terminologię w tekstach można ujednolić, to taki nieuczciwy zleceniodawca nie może mieć pewności, że wszyscy zainteresowani potencjalną współpracą tłumacze rzeczywiście tłumaczyć potrafią i że ten kolektywny twór będzie dawał się czytać.

Na szczęście większość biur tłumaczeń nie stosuje takich praktyk, niemniej jednak myślę, że warto zwrócić uwagę na pewne kwestie, które mogą świadczyć o tym, że nasz potencjalny pracodawca nie postępuje całkiem fair. W takich przypadkach uważam, że warto odpuścić sobie tłumaczenie próbki, a zaoszczędzony czas przeznaczyć na inne działania, jak choćby upiększanie profilu na portalu Globtra lub Proz.com :).

Z moich obserwacji, a także z lektury forów branżowych wynika, że należy wystrzegać się próbek, które są:

1. Przysyłane do nas z niezbyt profesjonalnego adresu e-mail, typu misio_pysio@browar.pl. Swoją drogą zachęcam do przyjrzenia się własnemu adresowi e-mail pod tym kątem :).

2. Sygnowane przez firmy-krzaki, zupełnie nieznane w branży tłumaczeń. Zresztą przed przystąpieniem do współpracy z jakimkolwiek biurem warto zajrzeć na Wywiadownię Branżowego Forum Tłumaczy.

3. Podejrzanie długie. Trzeba się dobrze zastanowić, zanim zabierzemy się za tłumaczenie nieliterackiej próbki dłuższej niż 1-2 strony rozliczeniowe. Oczywiście mam na myśli teksty dotyczące jednego tematu. Jeżeli zadeklarowaliśmy, że specjalizujemy się w większej liczbie dziedzin, to oczywiście łączna objętość próbki może być większa.

4. Jedną całością. Nawet jeżeli tekst jest krótki, ale stanowi kompletną całość – na przykład jest to ulotka jakiegoś kosmetyku – powinno nas to zastanowić. Trzy lata temu zdarzył mi się tego typu przypadek – przetłumaczyłam na próbę ulotkę kosmetyku. Kiedy próbowałam dowiedzieć się, jak mi poszło, okazało się, że takiej firmy nie ma i nie było, ale za to na forach mogłam poczytać opinie innych poszkodowanych. Najczęściej próbki są fragmentami jakiejś większej całości – częścią dialogu z gry, fragmentem dokumentu, jednym akapitem z instrukcji itp. Z mojego doświadczenia z pracy weryfikatora wynika, że nawet kilka zdań wystarczy, aby stwierdzić, czy ktoś dobrze tłumaczy.

Z drugiej strony, możemy być spokojni, że tekst jest rzeczywiście próbką tłumaczeniową danej firmy, jeśli tłumacze poszukują w internecie, np. na KudoZ, całych fraz z danego dokumentu :). Bądź co bądź, jak często można zmieniać próbki tłumaczeniowe (choć co jakiś czas z pewnością trzeba).

Oczywiście nie można zakładać, że dana firma nas niecnie wykorzystała, bo się do nas nie odezwała po otrzymaniu próbki. Po pierwsze, mogło się okazać, że po prostu nie spełniamy oczekiwań klienta, chociaż w tym przypadku w dobrym tonie byłoby odpisanie czekającemu tłumaczowi. Bądźmy jednak choć trochę wyrozumiali dla biur tłumaczeń – codziennie ich pracownicy kontaktują się z setkami tłumaczy i mogli o nas (wstyd i hańba!) zapomnieć. Często próbka długi czas oczekuje na sprawdzenie, bo moce przerobowe działu weryfikacji są ograniczone. W obu tych przypadkach zachęcam do telefonicznego lub mailowego przypomnienia się, choć wiem, że niektórzy mają do tego wrodzoną awersję. Szkoda by było stracić świetną okazję do nawiązania współpracy tylko dlatego, że nasza próbka wpadła za szafkę, prawda?

Mam nadzieję, że te kilka porad pozwoli Wam zaoszczędzić nieco czasu przy okazji poszukiwania nowych klientów. A może i Wy macie jakieś wskazówki dotyczące tego, jak unikać nieuczciwych zleceniodawców? Zachęcam do komentowania (przycisk Submit w komentarzach jest już widoczny).